"Noworodek ze spiralą w głowie" - czy tego uczą w poradniach przedmałżeńskich? [WYWIAD]

Co roku tysiące Polaków przygotowują się w poradniach przedmałżeńskich do ślubów kościelnych. Czego się tam dowiadują o seksualności? - To ciągle temat tabu, niedotykalny. Jak się słucha tych dyskusji: "uczmy antykoncepcji, uczmy zakładania prezerwatyw", to rodzi się smutek... Dlaczego nie uczymy, że seks jest związany z miłością i że nie obdarza się nim każdego, kto się napatoczy na drodze? - mówi Urszula Bogdalska, która prowadzi spotkania w przykościelnej poradni przedmałżeńskiej.
Prezentujemy kolejną odsłonę cyklu "Seks nasz powszedni". W poprzednim odcinku rozmawialiśmy z Dorotą Sakowską z Pussy Project, która opowiadała o tym, jak uczy kobiety rozmawiać o seksie na "nieformalnych spotkaniach z wibratorami". W tej odsłonie przyglądamy się wiedzy przekazywanej przez poradnie przedmałżeńskie.

Agnieszka Wądołowska: O przykościelnych poradniach przedmałżeńskich krąży wiele legend i mitów. Skonfrontujemy się z nimi?

Urszula Bogdalska, psycholog, prowadzi spotkania w poradni przedmałżeńskiej: Faktycznie, mitów jest sporo. Wielokrotnie narzeczeni wychodząc z moich spotkań, mówili: - "My się takich strasznych rzeczy nasłuchaliśmy o tych poradniach, a było tak sympatycznie". Ale pewnie w każdej poradni dzieje się coś trochę innego. Oczywiście, jest program. Mamy przybliżyć narzeczonym katolicką etykę seksualności. Mamy też w bardzo konkretny sposób przedstawić skuteczne metody, które bez stosowania sztucznej antykoncepcji pozwalają na sterowanie płodnością. Ale klimat spotkań na pewno zależy od konkretnej osoby prowadzącej.

Przygotowując się do wywiadu, usłyszałam chyba najbardziej nieprawdopodobną historię. Znajoma twierdziła, że poszła na zajęcia do poradni i usłyszała, że stosowanie spirali jest niebezpieczne, bo można zajść w ciążę i dziecko urodzi się ze spiralą w głowie.

- Ludzie czasem przychodzą tutaj z bardzo negatywnym nastawieniem i dlatego słyszą to, co chcą słyszeć, a nie to, co jest mówione. Nie twierdzę, że żadna pani nie powiedziała o spirali i dziecku. Może powiedziała, a może to jest wypowiedź wyrwana z kontekstu lub źle zrozumiana.

A sama spirala to nie jest nawet antykoncepcja, tylko środek wczesnoporonny. Do zapłodnienia dochodzi bowiem w jajowodzie, a spirala jest w macicy i jako taka uniemożliwia dziecku zagnieżdżenie. Gdyby w jakiś cudowny sposób udało się zarodkowi tam zagnieździć, no to oczywiście będzie się rozwijał w środowisku, w którym jest ciało obce, z tą spiralą musi się coś wydarzyć.

Naprawdę? To chyba mało prawdopodobny scenariusz. Moja znajoma była zbulwersowana, gdy to usłyszała.

- Ja takich rzeczy nie opowiadam. I - generalnie - zachęcam do otwartego podejścia do poradni przedmałżeńskich, nierobienia złej reklamy i nieopowiadania fantastycznych historii. To tylko niweluje wartościowe treści, które są w poradniach przekazywane.

Najważniejsze moim zdaniem jest przekazywanie rzetelnych informacji, które są zgodne z rzeczywistością i które podwyższają świadomość słuchaczy. Uważam, że warto i trzeba mówić o negatywnych aspektach antykoncepcji hormonalnej. Nie ma ich co negować - są poparte przesłankami medycznymi. W czasie swojej pracy zauważyłam, że wiedza na ten temat jest znikoma.

Może pani wymienić te negatywne aspekty zażywania hormonów?

- To bardzo szeroki temat. Od "zwykłego" rozregulowania organizmu, po ryzyko rozwinięcia choroby zatorowo-zakrzepowej, podwyższoną skłonność do zapalenia żył, zwiększone ryzyko rozwoju raka piersi, ryzyko nadciśnienia tętniczego, które może prowadzić do udaru mózgu.

Z "drobniejszych" rzeczy to może być pogorszenie ogólnego samopoczucia - bóle i zawroty głowy, obniżone libido, bolesność piersi, zaburzenia łaknienia, męczliwość, trudność z utrzymaniem wagi ciała. Poza tym trzeba mieć świadomość, że przyjmowanie hormonów nie pozostaje bez znaczenia dla przyszłej płodności - może ją upośledzać. Oczywiście, zawsze będą wyjątki potwierdzające regułę, kobiety, które u siebie takich kłopotów nie zauważą.* [O komentarz do tej wypowiedzi poprosiliśmy lekarza ginekologa. Możecie go przeczytać na końcu wywiadu - red.].

Na spotkaniach mówię o tych aspektach, ale i tak to same pary podejmują decyzję, co wybiorą, mają wolną wolę. Moim zadaniem jest uczyć naturalnych metod rozpoznawania płodności i pokazywać, jak dzięki nim, bez narażania na szwank zdrowia i sumienia, można sterować płodnością.

I co na to pani słuchacze? Nie są speszeni rozmową o tak osobistych sprawach?

- Zdarza się, że temat seksualności budzi skrępowanie, zresztą częściej wśród panów. Mężczyźni często mówią, że są na tych zajęciach niepotrzebni, bo przecież to w ogóle ich nie dotyczy. Zawsze wtedy tłumaczę, że seksualność i płodność dotyczy pary - w pojedynkę nikt płodny nie jest. Dlatego tak ważne jest, żeby mąż miał świadomość płodności swojej przyszłej żony.

Panowie naprawdę potrzebują uświadomienia w tej kwestii? Przecież o ludzkiej płodności uczą się już w szkole na biologii.

- Co z tego, że są jakieś przedmioty w szkołach, jeżeli tak niewiele się z nich wynosi, jeśli chodzi o praktyczną stronę zagadnienia. Wśród moich słuchaczy wiedza o płodności jest bardzo różna, od dużej do właściwie żadnej. Zdarza się, że przychodzą do mnie panie, które nie wiedzą, co to jest "długość cyklu". Jeśli jest potrzeba, przekazuję nawet najbardziej podstawowe informacje.

To samo mówiła mi edukatorka seksualna - według niej kobiety często nie mają odpowiedniej wiedzy, nie potrafią rzeczowo rozmawiać o swojej seksualności, wstydzą się.

- Dokładnie! Wstydzą się, wybuchają śmiechem, albo w taki infantylny, czasami groteskowy sposób próbują "zagadać" temat.

A więc poziom wiedzy jest generalnie niewielki, a skrępowania - dość wysoki. Zaczyna się pierwsze spotkanie i co? Jak pani zaczyna, co mówi?

- Zawsze na początku pytam, czy w ogóle wiedzą, czego te spotkania dotyczą. Zawsze też interesuje mnie, co wiedzą na temat naturalnych metod rozpoznawania płodności i jaki mają do nich stosunek, co myślą. To jest dobry początek rozmowy.

Potem przychodzi czas na inne wątki. Odpowiadam na pytania, próbuję obalić mity, zorientować się w poglądach ludzi, którzy siedzą naprzeciwko. Staram się podtrzymywać życzliwą atmosferę, ale też zawsze jasno i precyzyjnie przedstawiam fakty. Potem przechodzimy do szczegółowego zapoznania się z założeniami metod obserwacji płodności. Para uczy się, co obserwować i w jaki sposób obserwacje interpretować, a potem w zależności od nich prowadzić swoje życie intymne.

A przyszli małżonkowie? Słuchają z zainteresowaniem czy widać, że przyszli, bo musieli?

- Oczywiście, zdarzają się pary z wypisanym na twarzach podejściem "tu nic nowego się nie dowiemy". Siadają i po ich minach widzę, że przyszli, bo muszą. Niektórzy z takimi minami wychodzą, ale część - zaciekawiona - chce zgłębić temat. I ci często są zadziwieni, że naturalne metody sterowania płodnością to wiedza, która ma fundamenty fizjologiczne, jest poparta badaniami, a nie wzięta z sufitu.

Są zadziwieni, zainteresowani... i o co pytają?

- Przede wszystkim o skuteczność tych metod. Mają wątpliwości, mówią, że są przecież mniej ryzykowne sposoby unikania poczęcia. Ja powtarzam, że - przy spełnieniu odpowiednich warunków - metody naturalne nie wykazują się mniejszą skutecznością niż środki antykoncepcyjne. A nie mają żadnych skutków ubocznych i są niepodważalne etycznie i moralnie. Nie obciążają sumienia katolickiej pary.

Wydaje mi się, że przekonanie o nieskuteczności metod naturalnych jest bardzo powszechne. Te wszystkie żarty z "kalendarzyka". Jak pani to tłumaczy?

- Cała masa ludzi myśli, że stosuje naturalne metody. A realia są takie, że oni po prostu nie stosują antykoncepcji, a na temat metod obserwacyjnych nie mają rzetelnej wiedzy i w efekcie wcale nie kontrolują poczęć. A potem rodzą się z tego mity, że to zupełnie nieskuteczne, bo ktoś nie planował kolejnego dziecka, a się przytrafiło. Tymczasem, żeby skutecznie stosować te metody, trzeba je dobrze znać, regularnie prowadzić obserwacje, a potem dokonywać trafnych interpretacji i podejmować na ich bazie odpowiedzialne decyzje.

Przychodzi do mnie kiedyś pan z narzeczoną i mówi: "Moja mama jest pielęgniarką i twierdzi, że to wszystko jest nieskuteczne". To ja pytam, co oni na ten temat wiedzą. I okazało się, że ich wiedza zatrzymała się na etapie "kalendarzyka małżeńskiego", który dziś jest pokazywany tylko w aspekcie historycznym. Dziś mówi się o metodach obserwacyjnych.

Oczywiście, nikt nie będzie nikogo czarował, że naturalne metody kontroli płodności to prosta sprawa, której się nauczymy w tydzień. Dodatkowo, na naturalne metody muszą zgodzić się i mąż, i żona. Ich stosowanie wiąże się z akceptacją rytmu, w którym działa kobiecy organizm. I tu jest rola mężczyzny, który musi się zgodzić na rytm ciała swojej żony.

Kalendarzyk to arytmetyka, opierał się tylko na monitorowaniu długości cyklu. Metoda obserwacyjna, o której pani mówi, polega na sprawdzaniu temperatury, śluzu i szyjki macicy. Można się spotkać z opiniami, że jest uciążliwa i strasznie "fizjologiczna", nieestetyczna.

- Nie wiem, co może być "nieestetycznego" w patrzeniu na własne ciało. To czysta fizjologia. Jeżeli kobieta ma opór przed obserwowaniem się pod kątem płodności, to rodzi się pytanie, czy ona w ogóle ma jakikolwiek kontakt z sobą i własnym ciałem.

Rozumiem, że nie spotkała się pani na swoich zajęciach z takimi uwagami.

- Nie. Niektóre pary wręcz mówią: "O, to jest fajna metoda, żeby zajść w ciążę. Jak wiem, kiedy mam owulację, to mogę sobie wszystko dokładnie zaplanować". Więc można to też stosować w drugą stronę i wtedy wiadomo, kiedy nie należy podejmować współżycia, jeśli nie planuje się poczęcia dziecka.

Słuchacze nie narzekają, że przy tych wszystkich wyliczeniach zostaje bardzo mało dni bezpłodnych, czyli po prostu mało dni na seks?

- Oczywiście, padają takie uwagi.

I jak pani na nie odpowiada?

- Miałam takie dziewczyny w poradni, które przyznawały, i pomijam tu już aspekt czystości przedmałżeńskiej, że przyjmowały środki hormonalne i przez to obniżało się libido. Więc co z tego, że współżycie jest dostępne na co dzień, skoro nie przynosi kobiecie szeroko rozumianej satysfakcji. Przecież to w czasie dni płodnych jest największa ochota na seks, a jak podamy tabletkę, która wyciszy nam płodność, to zabijemy biologiczny popęd.

Ale zaraz, przecież metody naturalne też zakładają, że kobieta nie współżyje w dni płodne, jeśli nie chce zajść w ciążę.

- To jest trochę, niestety, coś za coś. Może się okazać, że rzadsze współżycie jest bardziej satysfakcjonujące, jeżeli się zgodzimy na ten naturalny rytm, niż taka dostępność 30 dni w miesiącu, ale z podejściem "ojej, znów boli mnie głowa" lub na zasadzie pradawnego "obowiązku małżeńskiego".

Ale to już każda para musi rozstrzygnąć indywidualnie, biorąc pod uwagę wszystkie argumenty, również etyczne. Zawsze będą jakieś koszty, ale przy metodach naturalnych może ich być znacznie mniej. Poza tym tych dni, w których unika się współżycia w sytuacji nieplanowania potomstwa, nie jest znowu aż tak dużo. Przyjmuje się, że średnio około ośmiu. Zresztą w przypadku antykoncepcji hormonalnej hormony są podawane cały cykl (z kilkudniową przerwą) więc jest to nieustanne, sztuczne wyciszane gospodarki hormonalnej.

Mówimy o kobietach, ich decyzjach i satysfakcji z życia seksualnego. A jak reagują słuchacze mężczyźni, przyszli mężowie?

- Jak wspominałam, często mają podejście typu "to wszystko sprawa mojej żony, to ona ma się zatroszczyć, żebyśmy się stawali rodzicami w odpowiednich momentach". A to błąd. Również w postrzeganiu małżeństwa. Staram się więc uświadomić im również ich odpowiedzialność.

I po takich spotkaniach w poradni mężczyźni rzeczywiście są gotowi brać odpowiedzialność za kontrolę płodności i wspólne życie seksualne?

- Zapewne bywa różnie. Ale jest grupa mężczyzn, którzy są bardzo zaciekawieni. Wiele razy mi się zdarzyło, że pani mówiła: "Nie, ja chyba nie będę tego robiła", a jej narzeczony wtedy: "No coś ty, przecież to jest takie fajne. Tu się robi wykresy, tabelki, ja to będę wszystko z tobą uzupełniał, zrobię ci w Excelu".

Generalnie zauważyłam, że jeżeli kobieta jest zdecydowana, to mężczyzna zawsze za tym idzie. Nie zdarzyło mi się mieć takiej pary, żeby ona mówiła, że to świetna sprawa, a on mówił: "No co ty?!". A w drugą stronę owszem. On był zafascynowany, a ona podchodziła do tego sceptycznie. Więc chyba to do panów przemawia.

O co jeszcze pytają pani słuchacze, co ich interesuje?

- O zasadność zakazu antykoncepcji i in vitro. Czasami próbuję wejść w rozmowę na te tematy.

Tych zagadnień nie ma w obowiązkowym programie spotkań?

- Na kursie przedmałżeńskim ten temat powinien być zagajony po to, żeby uświadomić przyszłym małżonkom, że nie wszyscy mogą mieć dzieci biologiczne. Ten problem rośnie i trzeba pokazywać, że są różne sposoby zostania rodzicami. Niekoniecznie in vitro.

Ja jestem dość elastyczna, jeżeli chodzi o poruszanie różnych tematów. To nie jest tak, że siadam i się upieram, żeby mówić wyłącznie o naturalnych metodach. Ale - oczywiście - chcę też zrealizować program. Jestem przekonana, że wiele osób po naturalne metody nie sięga, bo nie ma na ten temat zielonego pojęcia. Niestety, nie mam żadnego narzędzia, żeby sprawdzić, czy małżonkowie stosują potem w życiu metody naturalne, czy nie. To już jest kwestia ich sumienia. Ja staram się pokazać je jako wartościowe, i etycznie, i zdrowotnie.

Mówi pani o sumieniu przyszłych małżonków.

Nigdy nikogo nie oceniam, zawsze próbuję rozmawiać. Kwestie sumienia czy grzechu nie powinny być omawiane w poradni w aspekcie oceniania. Oczywiście, zawsze przedstawiam stanowisko Kościoła. Jak ktoś nie zachował czystości przedmałżeńskiej, nie mówię: "No świetnie, nic się nie stało". Powtarzam jednak, że to jest coś, co muszą przepracować ze spowiednikiem w konfesjonale.

Pojawia się myślenie, że - generalnie - Kościół jest aseksualny i Pan Bóg jest aseksualny. A to nieprawda. W końcu to Pan Bóg stworzył człowieka wraz z jego seksualnością. Seksualność jest darem Pana Boga, którym człowiek ma się cieszyć i czerpać z niego szczęście, ale to musi być uporządkowane. Kościół nie neguje seksualności, tylko mówi, że miejsce dla niej jest w małżeństwie. To ma być wartość jednocząca małżonków. To istotom mniej złożonym jest wszystko jedno, mówiąc kolokwialnie, gdzie, z kim i kiedy. Seksualność człowieka powinna być zupełnie inna, rodzić bliskość, odpowiedzialność i więź.

Czy to nie oznacza, że może przydałoby się nam systemowe nauczanie o seksualności?

- Seksualność to ciągle temat tabu, niedotykalny. Lubimy go zwalać na szkołę albo internet. Ja uważam, że edukacja seksualna powinna się zaczynać w domu. Boję się, że w szkole może zabraknąć aspektów emocjonalnych i duchowych, wszystko zostanie sprowadzone do anatomii i fizjologii. Będzie bezosobowe, techniczne.

Jak się słucha tych dyskusji: "uczmy antykoncepcji, uczmy zakładania prezerwatyw", to rodzi się smutek. Bo dlaczego nie uczymy dzieci życia w czystości? Dlaczego nie uczymy, że seks jest związany z miłością i powinien być zarezerwowany dla kogoś wyjątkowego? I że nie obdarza się nim każdego, kto się napatoczy na drodze?

Według danych GUS w 2010 r. zawarto 155 tys. ślubów wyznaniowych - z czego większość to śluby katolickie. Według Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego w 2010 r. ślubów zawarto 170 tys. Wszyscy przygotowujący się do takiego ślubu musieli uczestniczyć w spotkaniach w poradni, jako że jest to elementem obowiązkowego kursu przedmałżeńskiego.

* komentarz dr Tomasza Leonowicza ginekologa seksuologa z Fundacji Promocji Zdrowia Seksualnego:

Antykoncepcja hormonalna, czyli tabletki, plastry, krążki dopochwowe, implanty, wkładki domaciczne uwalniające progestagen, czy zastrzyki antykoncepcyjne stosowane u zdrowych kobiet to metody skuteczne i bezpieczne.

Skuteczność?Skuteczność antykoncepcji określa tzw. wskaźnik Pearla (im niższy - tym metoda skuteczniejsza): tabletki antykoncepcyjne 0,1 do 0,5, metody naturalne 3 do 30, brak zabezpieczenia - 85.

Rozregulowanie organizmu? Tabletki, plastry, krążki stosuje się do regulowania nieprawidłowego cyklu miesiączkowego, zmniejszania intensywności i czasu trwania krwawień, zmniejszenia bólu miesiączkowego, leczenia zespołu napięcia przedmiesiączkowego czy trądziku.

Rak? Dostępne informacje na temat zapadalności na raka sutka nie wykazują tendencji wzrostowych w żadnej z grup wiekowych kobiet stosujących antykoncepcję . Antykoncepcja hormonalna zwiększa jednak ryzyko raka sutka w grupie kobiet z rodzinnym występowaniem nowotworu (uwarunkowanie genetyczne). Ale warto wiedzieć, że antykoncepcja hormonalna chroni w znacznym stopniu przed zachorowaniem na raka trzonu macicy, raka jajnika i raka jelita grubego.

Choroba zakrzepowo-zatorowa? Ryzyko choroby zakrzepowo-zatorowej u zdrowych kobiet stosujących antykoncepcję hormonalną jest znacznie mniejsze niż u zdrowych kobiet w czasie ciąży! Podstawowe czynniki ryzyka wystąpienia choroby zakrzepowo-zatorowej to: wiek, siedzący tryb życia, nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, przewlekła niewydolność żylna, palenie tytoniu i mutacja czynnika V typu Leiden.

Zawał serca? Ostatnio przeprowadzone analizy nie wykazały statystycznie znamiennego wzrostu ryzyka zawału mięśnia sercowego w grupie kobiet stosujących preparaty niskodawkowe, pod warunkiem że dana kobieta nie pali. Ryzyko wystąpienia zakrzepicy w grupie palących w wieku powyżej 35 lat wzrasta 21-krotnie w porównaniu z kobietami niepalącymi. Dla kobiet obciążonych czynnikami ryzyka dla chorób układu krążenia powinno się dobierać preparaty zawierające progestageny, korzystnie działające na gospodarkę lipidową.

Obniżenie libido? Obniżenie libido i zaburzenia łaknienia - głównie jego wzrost - obserwuje się u około 15-20 proc. kobiet stosujących antykoncepcję hormonalną. Najczęściej zmiana preparatu lub metody eliminuje ten problem.



Więcej o:
Komentarze (476)
"Noworodek ze spiralą w głowie" - czy tego uczą w poradniach przedmałżeńskich? [WYWIAD]
Zaloguj się
  • Anna Cichoń

    0

    mowa jedynie o antykoncepcji hormonalnej, która mniej czy bardziej, ale jednak ingeruje w działanie organizmu kobiety. jednak nadal nie rozumiem zakazu używania prezerwatyw.

  • 0ficjalny

    0

    Sądzę, że taką spiralkę miał niejeden moherowy polityk.

  • corpus_delicti

    0

    czegoś tu nie rozumiem. Uczęszczanie na nauki przedmałżeńskie dotyczy tylko tych, którzy zamierzają wziąć ślub kościelny, czyż nie? A to przecież nie jest obowiązkiem. Wystarczy ślub cywilny aby w świetle prawa być małżeństwem i mieć wszelkie prawa wypływające z tytułu zawarcia małżeństwa. Po drugie, uczęszczanie na nauki nie zwalnia z myślenia bo tak naprawdę niczego na tych naukach się nie dowiecie czego byście już nie wiedzieli. Kolejna rzecz, widzę, że większość z Was ma krytyczny stosunek do tych nauk i wcale się temu nie dziwię. Dziwi mnie natomiast to, że tak ochoczo krytykujecie te nauki tu, w sieci, a ilu z Was miało odwagę odezwać się w trakcie trwania nauk? Trzeba było powiedzieć księdzu, czy "pani psycholog", że się mylą, że wprowadzają w błąd i że w ogóle opowiadają bzdury. I na koniec jeszcze, ręka w górę ci katolicy, którzy stosują się do tych nauk i nigdy nie stosowali środków antykoncepcyjnych pod jakąkolwiek postacią? Ilu się znajdzie? 5%? 10%?... więc tak naprawdę to zwykła strata czasu i hipokryzja w czystej postaci... chodzić, słuchać, broń Boże się odezwać i robić i tak "po swojemu". Czy to nie głupie?

  • maciora74

    Oceniono 1 raz 1

    UCZESTNICZYŁEM W TYCH NAUKACH W RZESZOWIE W 2007 ROKU, W SUMIE BEZ SENSU I POTEM DOSZEDŁEM DO WNIOSKU,ZE ŚLUB KOŚCIELNY TO PATOLOGIA...ALE DO SEDNA..NAJBARDZIEJ MNIE WK..JAK PANIE W WIEKU BABCIOWYM (50-65 LAT), DAŁA DO CZYTANIA ZGROMADZONYM NUPTURIENTOM KSIĄŻKI O SEKSIE I MAŁŻEŃSTWIE Z LOGO RADIA MARYJA!!TAK MNIE TO WK...ŻE MIAŁEM COŚ POWIEDZIEĆ ALE,ŻE JESTEM KULTURALNY ZAGRYZŁEM WARGĘ!!NAJLEPSZE BYŁO PODSUMOWANIE I KOMENTARZE PRZYSZŁYCH MAŁŻONKÓW, BAJKA!

  • 03730t

    0

    a od polerowania torpedy rosną włosy między palcami

  • jezykkolczasty

    0

    Wnioskuję że katolickie poradnie normalnie grzeszą.Pismo Święte uczy że do zbliżenia może dojść tylko w celu prokreacji. Ni ma jakichś tam orgazmów i innych doznań. A co do spirali w głowie....Może by tak sprawdzić
    Antka M ?

  • realistkamatka

    Oceniono 3 razy 1

    Pamiętam swoje nauki przedmałżeńskie i "nakaz" KK odnośnie tego ile wg Boga dzieci POWINNA mieć katolicka rodzina.Wg księdza co najmniej 4! To się go zapytałam czy jak powiem,ze ja chcę mieć tylko 2 to nie dostanę ślubu? A jak się zgodzę na te 4 to czy KK będzie mi dopłacał do ich utrzymania? Księdza tak zbulwersowało to,że nie chcieliśmy się rozmnażać jak króliki,że o mało się z nim nie pożarliśmy na dobre. Facet,który z założenia nie ma mieć rodziny nie będzie mi mówił jak,ile,kiedy... Może i powinni znieść ten celibat a batmanom ustalić pensję 2000 zł to może wtedy przestaliby pieprzyć na tematy,które dla nich są tylko w teorii. Generalnie ja miałam bardzo zacofane wykłady na tych naukach i gdybym szła wg nich to miałabym pewnie już z 5 dzieci. Co do naturalnych metod regulowania poczęć to ok,kto chce niech je stosuje ale mi akurat one nie odpowiadają.Faktem też jest,że oboje z mężem byliśmy przez pierwsze lata małżeństwa tak zapracowani,że przy naturalnych metodach musielibyśmy po prostu zrezygnować z seksu (praca na 3 zmiany,częste nadgodziny,potrafiliśmy przez 2 tygodnie widywać się tylko 20 minut dziennie!) albo gzić się jak króliki 2 dni w miesiącu kiedy akurat obydwoje bylibyśmy w tym samym czasie w domu i ja akurat miałabym dni niepłodne... Takie metody sprawdzają się u tych co mają na to czas i warunki ale nie u każdego niestety. A ja nie mam zamiaru rezygnować z seksu ani co roku zachodzić w ciążę. Brałam leki hormonalne, znane mi są wszelkie zagrożenia,skutki uboczne praktycznie u mnie nie występowały (tylko na początku mniejsze libido ale to szybko wróciło do normy może też dlatego,że czytając ulotkę nie wbijałam sobie do łba tego że mnie te skutki na pewno dotyczą), cykl mi się wyregulował,przestałam mieć tak strasznie bolesne miesiączki (jako nastolatka miałam nawet wymioty przez pierwsze dni menstruacji,miesiąc w miesiąc,to był koszmar) więc w sumie mi ta metoda bardzo odpowiada. Brałam 6 lat,potem odstawiłam w lutym bo planowałam ciążę i w czerwcu zaszłam tak jak chciałam. Więc wcale płodność mi się nie obniżyła. W wieku 18 lat miałam guza piersi (a wtedy jeszcze nie brałam żadnych tabletek ani niczego takiego,po prostu tak mi się przytrafiło) i od czasu operacji jestem pod stałą kontrolą lekarza,chodzę regularnie,robię rok w rok wszystkie badania jakie mi są potrzebne dla zachowania świętego spokoju,że nic się nie dzieje (oczywiście bez przesady,nie żądam mammografii czy innych wynalazków). Więc jeśli ma mnie coś trafić to i tak trafi jak nie jedną osobę niezależnie co stosuje aby nie mieć w domu drużyny piłkarskiej.

  • bielunka

    Oceniono 1 raz 1

    no jasne, że antykoncepcja ma skutki uboczne, ale polopiryna również, a ta jest dostępna bez recepty i taka osoba biorąca kilka różnych tabletek dziennie codziennie nie powinna łykać od tak polopiryny, idąc dalej nadużywając jej można doznać nawet krwotoku. Także skutki każdego leku niosą za sobą plusy i minusy

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX