Mistrz Luo pyta: czy każdy medal ma dwie strony?
- Wy młodzi to macie szczęście. Możecie mówić co chcecie i nikt was za to nie aresztuje. - smutno powiedział 76-letni mistrz Luo. - No tak, ale pan za to ma wspaniałe wspomnienia. Żył pan w czasach przewodniczącego Mao! - radośnie odpowiedziała moja chińska koleżanka. Mistrzowi, który siedział w małym studio obłożonym zdjęciami byłych, lub obecnych więźniów politycznych, nie pozostało nic, tylko odpowiedzieć smutnym uśmiechem.
Odwiedziłem dziś pracownie i przy okazji bazar dla około stu artystów, wszystkich w wieku późno emerytalnym. Artysta to artysta - czy w Chinach, czy gdziekolwiek indziej zawsze będzie miał w sobie coś z hippisa, więc większość z nich na jakimś etapie swojego życia miała na pieńku z reżimem chińskiej partii. Tak jak Luo Chen Xiang, 76-letni przyjezdny z prowincji Hunan, który od prawie 60 lat zajmuje się rysunkiem za pomocą czegoś, co chyba niestety nie ma polskiej nazwy to jest burningbrush (dosłownie płonący pędzel - rodzaj lutownicy, na którą nakładany jest jakiś rodzaj roztworu z węgla - efekt na zdjęciu.
Gdy tylko weszliśmy, wraz z moją chińską koleżanką (wykształcenie ekonomiczne na drugiej najlepszej uczelni wyższej w Chinach), do pracowni uradowany z odwiedzin mistrz obsypał nas próbkami swojego talentu. Następnie wywiązała się następująca rozmowa (której byłem tylko biernym obserwatorem, na dodatku z pewnym opóźnieniem - musiałem czekać na tłumaczenie z chińskiego):
- Wy jesteście młodzi, szczęśliwi. Możecie mówić co chcecie i nikt was za to nie aresztuje... (i tu warto zaznaczyć, że na samym biurku przy którym siedział mistrz Luo widniało 5 zdjęć jego przyjaciół artystów obecnie, albo wcześniej przebywających w więzieniu)
Zanim zdążyłem wymarzyć, że być może właśnie znalazłem mojego rozmówcę do tematów politycznych, rozmowa się skończyła. Z powodu odpowiedzi, jakiej udzieliła moja koleżanka:
- To prawda, ale pan za to ma wspomnienia, których my nigdy mieć nie będziemy mieli. Żył pan w czasach przewodniczącego Mao, w czasach rewolucji, budowania się narodu chińskiego! - odpowiedziała z zapałem moja wykształcona koleżanka.
Mistrz odpowiedział już tylko uśmiechem, a ja zostałem z kolejną nierozwiązaną zagwostką. Otóż jeśli po miesiącu w Pekinie ma się prawo pokusić o jakiekolwiek uniwersalne obserwacje, to moja jest następująca: ten naiwny, krzewiony przez propagandę mediów, chiński nacjonalizm to domena ludzi młodych. Wykształconych karierowiczów, którzy nigdy z Chin nie wyjechali ani na jeden dzień i nawet do siebie takiej myśli nie dopuszczają. Tymczasem ludzie starsi to ludzie, którzy mogą sobie z jednej strony pozwolić na więcej swobody myślenia, a z drugiej mający w pamięci te wydarzenia, które młodzi Chińczycy nazywają "wspaniałym okresem tworzenia się narodu".
Czy to znaczy, ze starsi ludzie nie są dumni z powojennej historii Chin? Zapewne są, ale z pewnością mają do powiedzenia na ten temat o wiele więcej, tylko kolejne pokolenia zdały się zatracić zdolność słuchania. No, zobaczymy ile z tego co wykancypowałem jest prawdą - mistrz Luo zaprosił mnie na pokaz swojej sztuki do herbaciarni. Z pewnością będzie kontynuacja.
PS. Słów kilka o obrazie, który dostałem od mistrza Luo: przedstawia on tradycyjną postać z chińskiej mitologii. Wyglądającego strasznie (surowe spojrzenie i stojąca broda) wojownika, który jednak służy dobru i walczy z duchami. Wspomniałem jednak, że mistrz ma duszę buntownika, toteż na obrazie bohater dziecięcych bajek leży pijany jak bela na ziemi ;-)













