Chiny bez języka, czyli tragikomedii ciąg dalszy
Jak odpowiedzieć Chińczykowi na pytanie skąd się jest (zakładając, że się je zrozumie)? Jak wejść na teren zamknięty pilnowany przez policję? Jak przejechać się metrem bez biletu i co zrobić, żeby zostać do niego odprowadzonym przez śliczną Chinkę? Wystarczy w ogóle nie mówić po chińsku.
Mój dzień zaczął się dziś jak zawsze: od wizyty u pana Wong-xhe Chi Diana, jeśli dobrze zrozumiałem, w celu kupienia papierosów. Ów pan prowadzi domowy sklepik - z którego można przejść bezpośrednio do mieszkania, bo sklepu od mieszkania nie oddzielają nawet drzwi - który odwiedzam codziennie. Pan Chi Diana zna mnie więc już i zawsze wita - niezależnie, czy idę do niego, czy po prostu przed siebie. Dziś zebrało mu się na rozmowy jakoś o wiele bardziej i zaczął mnie wypytywać. Oczywiście nie zrozumiałem nic, aż uprościł swój chiński i powiedział Wo Chongwen (czyli Ja Chińczyk) i z pytającą miną wskazał na mnie.
Odpowiedziałem mu małą mapą świata, którą próbowałem narysować, a która w niczym mu nie pomogła, bo - jak się dowiedziałem potem od znajomej - Chiny mają w szkole geografię świata dopiero od 20 lat, a ów sprzedawca szkołę skończył sporo wcześniej.
Zapytał mnie chyba też czym się tu zajmuję, więc przedstawiłem mu atrybuty dziennikarza: notes, długopis, dyktafon, aparat i kamerę, więc z zadowoloną miną zrozumienia powiedział "aaaaa... tourist!" (jedyne angielskie słowo jakie wyszło z jego ust). Lekko zrezygnowany, acz zadowolony z jego serdeczności, kupiłem papierosy i poszedłem przed siebie szukać ducha Igrzysk na ulicy.
Szukałem i szukałem, aż się oczywiście zgubiłem. Zacząłem więc korzystać z uroków nieświadomości i wiedząc, że już i tak się zgubiłem, po prostu szedłem w kierunku, który wydawał mi się bardziej interesujący.
Tak trafiłem do jakiegoś olimpijskiego ośrodka dla Chińczyków (mały kompleks hotelowy). Wszedłem, mijając dwóch stojących na straży policjantów, którzy po momencie osłupienia pobiegli za mną i próbowali mi wytłumaczyć po chińsku, że nie wolno mi tu być. Udałem, że nie rozumiem i to też im zakomunikowałem, na co po krótkiej chwili machnęli ręką uśmiechając się.
Po kilku godzinach postanowiłem jednak wrócić do hotelu, choćby po to, żeby wziąć prysznic (dziś temperatura i wilgotność odpowiednio 33 st.C i 87% - dzieci chłodzą się w parkowej fontannie nawet późnym wieczorem, co trochę widać na zdjęciach). Przezornie zdążyłem się nauczyć słowa "metro" po chińsku (Dii tie), więc podszedłem do kilku osób kolejno wypowiadając te dwa (albo jedno, w sumie nie wiem) magiczne słowa w nadziei na pokazanie mi ręką, w którą stronę mam iść.
Po kilkunastu minutach błądzenia (okazało się, że przeszedłem ładne kilka kilometrów, wychodząc poza obszar kursowania śródmiejskich linii metra) zgłosiła się do mnie pewna piękna Chinka mówiąc tylko "Yes, Beijing good. You American?" Na co odpowiedziałem wyciągając mapę (tę narysowaną wcześniej) i zaprowadziła mnie na stację. Tam rzecz jasna okazało się, że zostawiłem kartę miejską (do poruszania się komunikacją) w hotelu. Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami oznajmiłem, że po chińsku nie mówię i zrobiłem zatroskaną minę, na co strażnicy w metrze (a na każdej stacji jest ich z 20) z uśmiechem otworzyli mi specjalne przejście.
Wszystkie moje przeżycia jednak nijak się mają do tego, co z pewnością opowiedziałby Wam Andriej, kibic olimpijski z Jekaterynburga, którego dziś poznałem. Jego kłopot, o którym być może jeszcze nie wie, polega bowiem na tym, że jest w Chinach znając jedynie język rosyjski.















