Nowy szef więziennictwa Henryk Biegalski jest człowiekiem dyspozycyjnym. Czuje, skąd wiatr wieje.
W PRL zapisał się do PZPR. W stanie wojennym został członkiem Komisji Bezpieczeństwa i Ładu Publicznego, która pomagała partii doskonalić się w zwalczaniu opozycji. Od teorii do praktyki przeszedł latem 1982 r. Gdy w kierowanym przez niego areszcie elementy antysocjalistyczne ośmieliły się odmówić jedzenia zupy, posłał przeciw nim klawiszy w kaskach i z długimi pałami.
Nigdy za to nie odpowiedział - wszczęte jeszcze w stanie wojennym śledztwo zostało szybko umorzone, a ślady po nim zniknęły nawet z teczki personalnej Biegalskiego.
W III RP otworzył - w tym samym areszcie - pierwszą w kraju więzienną kaplicę. Zorganizował zjazd biskupów z Polski północnej. Sam gościł na obiadach u proboszcza św. Brygidy ks. Jankowskiego, na opłatkach u abp. Tadeusza Gocłowskiego i na przyjęciach u prezydenta Lecha Wałęsy. Krewnemu prezydenta dał pracę, jego żonę zaprosił na wystawę twórczości więźniów. Pod ojcowską opieką Biegalskiego osadzeni rzeźbili i malowali, głównie świątki oraz orły w koronie.
Gdy nadeszła IV RP ze swą nową polityką penitencjarną, ktoś taki jak Biegalski okazał się przydatny. Z czerwoną przeszłością i hakiem w życiorysie nie podskoczyłby nowym panom. Przeciwnie: mogli oni mieć pewność, że zgodzi się robić, co każą.
Kiedyś kazali prać, a teraz każą wsadzać. Więzienia są już pełne, więc trzeba kogoś zdecydowanie posłusznego, kto poupycha skazanych na podłogach i półkach pod sufitami.
A przed nami jeszcze perspektywa "nowych rozwiązań penitencjarnych", czyli płynące z budżetu setki milionów do zarobienia na prywatnych więzieniach. Warto mieć kogoś posłusznego przy podziale tego tortu.
|
ŹRÓDŁO:
|  |