Kraków - przystanek, na którym wysiadłem pięć lat temu. Nie ma innego takiego miasta w tym kraju. Miasta magicznego, w którym każdy zaułek ma swoją historię. Miasta noblistów. Miasta, które uniknęło w latach wojny zniszczenia i zachowało swoją niepowtarzalną architekturę. Miasta, do którego co roku przyjeżdżają miliony turystów, by podziwiać jego zabytki, by poczuć wyjątkową atmosferę tego miejsca. A jednocześnie miasta, które jak żadne inne marnotrawi swoje atuty, depcze łaskawość historii i dorobek wielkich poprzedników! Nie wiem, czy zostanę tu na zawsze. Czy któregoś dnia nie spakuję walizki i nie rzucę przez okno odjeżdżającego pociągu tak jak ci, którzy już to zrobili: "Z tego miasta nawet Wisła wyp...".
Teraz tu jednak żyję i nadziwić się nie mogę, gdy widzę, z jaką łatwością na co dzień miasto trwoni swoje szanse. Jak przez to ciągłe krakowskie marudzenie, debatowanie, przez niekończące się polityczne awantury, przez przywiązanie do "odwiecznych" układów, przez prowincjonalne zadęcia i pychę, że nam się należy, bo to przecież Kraków - czas nam przecieka między palcami i za chwilę znajdziemy się w ogonie największych krajowych ośrodków, o Europie nawet nie mówiąc.
Nie miejmy bowiem złudzeń: tak jak na całym kontynencie, tak i w Polsce trwa morderczy wyścig miast. Wyścig o pieniądze, o inwestycje, o turystów, o imprezy kulturalne i sportowe, o prestiż, o jakość życia mieszkańców, o przyszłość po prostu. W tym wyścigu uczestniczy także Kraków - czy to się komuś podoba, czy nie. Jeśli ten wyścig przegramy, nikt nam drugiej szansy nie da!
Nie pomogą zabytki, nie pomoże historia, nie pomoże wątpliwy już zresztą tytuł kulturalnej stolicy. Na własne życzenie coraz głębiej grzęznąć będziemy w niemocy i prowincjonalizmie, coraz marniej wypadając na tle Warszawy, Wrocławia, Poznania czy Gdańska. Kraków pozostanie skansenem na turystycznych trasach, cichą, może nawet sympatyczną zatoką do zamieszkania na stare lata. Pewnie też sporym ośrodkiem akademickim, ale już bez perspektywy zatrzymania tu młodych ludzi kończących studia. Prawdziwe życie toczyć się będzie gdzie indziej. Nie stanie się to nagle, z dnia na dzień. To będzie trwający lata proces powolnej degradacji, być może dla niektórych niezauważalny. Aż kiedyś znów ktoś przypomni: "Miałeś, chamie, złoty róg".
Zgoda, chrońmy stary Kraków! Chrońmy, bo to nasz święty obowiązek, ale też nasz największy kapitał na przyszłość. Niczego lepszego mieć nie będziemy. Tymczasem, choć trudno w to uwierzyć, ta oczywista prawda nie do wszystkich dociera. Co roku Kraków dostaje olbrzymie pieniądze na odnowę zabytków. Wiele bezcennych budowli i dzieł sztuki zostało dzięki temu podniesionych z ruiny. A równocześnie tuż obok architekci i deweloperzy w najlepsze majstrują w historycznym pejzażu miasta, zadając mu nieodwracalne szkody. Przykładów wyliczyć można mnóstwo i wciąż przybywa nowych, jak chociażby monstrualna Galeria Krakowska. Niektóre, jak pomnik Skargi czy hotele w sąsiedztwie Wawelu, piętnowaliśmy w ,,Gazecie", przyznając tytuły Archi-Szopy. Co na to odpowiedzialni urzędnicy? Nic. Jak grochem o ścianę. Dopiero od niedawna nabierają tempa prace przy miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego, a przecież gdzie, jak nie w Krakowie, powinno ich być gotowych najwięcej. Miasto oczywiście musi żyć, rozbudowywać się, ale trzeba to robić z klasą, korzystając z wiedzy najlepszych architektów. Teraz jednak poziom krakowskich aspiracji określa rzeźba Mitoraja, wpakowana na Rynek wbrew logice i woli mieszkańców. Oto cały Kraków - Kraków, jakiego nie lubię.
A może się mylę? Przecież mamy boom turystyczny, doceniają nas, jest dobrze. Problem w tym, że zamiast mądrze utrwalać modę na Kraków, tworzyć ambitną ofertę, kreować głośne wydarzenia, cieszymy się napiwkami od podpitych młodych Anglików albo fundujemy sobie chybiony marketingowo jubileusz 750-lecia lokacji. Wciąż natomiast nie ma centrum kongresowego, które pozwoliłoby ściągać zamożnych biznesowych gości i budować wizerunek miasta poważnych międzynarodowych spotkań, do czego Kraków nadaje się idealnie. Nie umiemy nawet porządnie wysprzątać ulic czy pościągać z zabytkowych kamienic obrzydliwych szyldów, a jak już uruchamiamy tak potrzebną kolejkę na lotnisko, to ze stacją końcową w szczerym polu. Grzeszymy przeciętniactwem i tolerujmy tandetę, tak jak dominującego nad miastem szkieletora. Nie umiemy skutecznie walczyć o swoje, jak w przypadku Euro 2012 czy unijnych dotacji. To inni mają wielkie wizje, tworzone z rozmachem projekty i gotowych ,,umrzeć" za ich realizacje ludzi. A jeśli już dzieje się coś naprawdę dobrego, to głównie dzięki zwykłym, przedsiębiorczym ludziom, którym zawdzięczamy na przykład fenomen krakowskiego Kazimierza.
Wciąż jednak mamy swoje szanse (pewnie nawet większe niż inni), wciąż trzymamy w ręku złoty róg. Żeby jednak na nim zagrać, trzeba przemyśleć wiele spraw na nowo. Czas na rachunek sumienia.
Przystanek Kraków
Czy Kraków marnotrawi swoje szanse? Czy grzeszy pychą, przeciętniactwem i tolerowaniem tandety. Czy jest miastem politycznych awantur i "odwiecznych" układów? Co zrobić, by młodzi ludzie zostawali tu po studiach, by wszystkim nam żyło się lepiej? Wspólnie przyjrzyjmy się, gdzie obecnie jesteśmy, co się udało, a co zmarnowaliśmy.
Czekamy na Wasze listy: przystanek@krakow.agora.pl (najciekawsze opublikujemy w ,,Gazecie") i opinie www.gazeta.pl/krakow