Trójmiasto ma właściwie wszystko, o czym marzą inne polskie miasta: wielką historię, wielkie postaci (
Fahrenheit mieszkał w Gdańsku przy Ogarnej), powody do dumy, bo to u nas zaczął się upadek komunizmu. Na dodatek żyje się tu dość wygodnie, trudno narzekać na nudę. Dobrze rozwinięta sieć szkół i uczelni, sporo ciekawych imprez i festiwali. W oczach Europejczyków nie wypadamy już jednak tak atrakcyjnie. Omijają nas duże inwestycje, przegrywamy konkurencję z dużymi miastami Polski i krajów nowej Unii. To rodzi narastające poczcie niewykorzystywanych szans. Zastanawiam się, dlaczego z taką łatwością marnotrawimy swoje atuty? Trzeba zrobić rachunek sumienia.
Grzech wyniosłości
To jasne: abyśmy mogli zdobywać więcej unijnych pieniędzy, Trójmiasto musi stać się jedną metropolią. Tymczasem źle pojęte współzawodnictwo, przekonanie o własnej wyższości samorządowych polityków powodują, że w XXI wieku ciągle żywa jest granica z lat międzywojennych - Trójmiasto: Gdańsk i Sopot (teren Wolnego Miasta Gdańsk) oddziela od Gdyni niewidoczny mur. A właściwie jest jeszcze gorzej. W towarzyskich rozmowach w dobrym tonie są pełne wyniosłości bon moty udowadniające przewagę Sopotu nad Gdańskiem, Gdyni nad Sopotem, Gdańska nad Gdynią itd.
A efekty są żałosne: "każdy sobie rzepkę skrobie". Od 16 lat nie udało się wprowadzić wspólnego biletu dla całego Trójmiasta. W walce o duże inwestycje z Warszawą, Wrocławiem, Krakowem czy Poznaniem sami stawiamy się na przegranej pozycji.
Brema, Sztokholm czy Tallin też nie dadzą nam żadnych szans.
Grzech zaniechania
Idąc majestatycznym Długim Targiem, przechodzę przez dostojną
Zieloną Bramę i... wpadam na koszmarne ruiny na
Wyspie Spichrzów . Moich znajomych odwiedzających Gdańsk - podobnie pewnie jak miliony turystów - ten obraz wprawia w osłupienie. Jak to możliwe, że przez kilkadziesiąt lat najbardziej atrakcyjne miejsce w Gdańsku, nie doczekało się odbudowy? Dlaczego tak łatwo przywykliśmy do tego porażającego widoku.
Ale to nie jedyny powód rozczarowania turystów. Warszawiacy, Ślązacy czy łodzianie zazdroszczą nam bliskości wody. Mają czego: w Trójmieście mamy nie tylko piękne morze, plaże, ale i gęstą sieć kanałów wodnych. Tylko że w miastach Europy Zachodniej akweny pełne są łódek wiosłowych, żaglówek i motorówek. A gdańskie kanały są puste. Podobnie jest wzdłuż trójmiejskiego odcinka brzegu Zatoki Gdańskiej, gdzie brakuje marin, których nie wstyd byłoby pokazywać żeglarzom z innych krajów. Dlaczego odwróciliśmy się plecami do Motławy?
Do listy zaniechań trzeba dopisać jeszcze przynajmniej: tereny opuszczone przez Stocznię Gdańską , sopockie centrum i gdański Targ Sienny, wreszcie Westerplatte. Spis ten dedykuję naszym włodarzom i urbanistom.
Grzech samozadowolenia
Z sondaży dotyczących jakości życia wynika, że w Trójmieście żyją jedni z najbardziej zadowolonych ludzi w Polsce. Dość dobre zarobki, bezrobocie należy tu do najniższych w kraju. Nasze dobre samopoczucie znalazło odbicie w wynikach ubiegłorocznych wyborów. Dotychczasowi prezydenci Gdańska, Sopotu i Gdyni z miażdżącą przewagą zwyciężyli już w pierwszej turze. Jest więc świetnie? Prawda jest inna. Brak poważnej opozycji w samorządach popycha rządzących w senne samozadowolenie. Tymczasem pod względem wzrostu gospodarczego i inwestycji zagranicznych jesteśmy zaledwie w środku stawki, a przecież mamy potencjał, by być liderem. A stawką tego wyścigu są po prostu lepsze warunki życia. Niech pamiętają o tym dzisiejsi ulubieńcy wyborców.
Grzech niefrasobliwości
Z jednej strony Zatoka Gdańska, z drugiej - Trójmiejski Park Krajobrazowy. A w środku Trójmiasto. Nasze unikatowe położenie „na końcu drogi” ma jednak też swoje wady. Utrudnia komunikację ze światem. Ale przecież wiadomo o tym nie od dziś. Tym bardziej denerwuje mnie to, że tak trudno dostać się z miasta na obwodnicę. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest chyba jedynie ul. Wielkopolska w Gdyni. W Gdańsku łącznikiem ma być Trasa W-Z, a później poszerzona ul. Słowackiego. Ale to ciągle za mało. Dlaczego urbaniści nie pomyśleli o nowym dojeździe do obwodnicy z południowych, dynamicznie rozbudowujących się dzielnic Gdańska? Cóż z tego, że w przyszłym roku Pomorze doczeka się wreszcie autostrady
A1 , skoro nie będzie jak się na nią dostać?
Grzech lęku przed nowoczesnością
Jak zauważył kolega z redakcji Mikołaj Chrzan, przez lata czołowi gdańscy architekci wyznawali zasadę: w centrum Gdańska mają prawo powstać tylko te obiekty, które będą rekonstrukcją swych historycznych (najlepiej średniowiecznych) pierwowzorów. Podobne argumenty padały w dyskusji o kładce nad Motławą, która połączyć ma nowoczesne centrum muzyczno-kongresowe na Ołowiance z Targiem Rybnym w Gdańsku.
Przyznam się, że ta uporczywa "wierność historii" jest mi też jakoś bliska. Ale trzeba obiektywnie przyznać, że dopadł decydentów paraliżujący strach przed odważnymi pomysłami. Efekt? Gdańsk, a właściwie całe Trójmiasto, nie doczekało się dotąd żadnej nowoczesnej budowli, którą można by uznać za dzieło sztuki architektonicznej. A Francuzi pokazali, że nawet w futurystyczne budowle można tchnąć ducha historii. Gdańskowi przydałaby się budowla na miarę Wielkiego Łuku ze szkła i kamienia w Paryżu.
Grzech brzydoty
Lubimy zachwycać się gdańskim gotykiem, sopocką secesją. I omotani tym samouwielbieniem nie widzimy szpetnego asfaltu, kryjącego bruk wokół Bazyliki Mariackiej, największej ceglanej świątyni świata. Urzędnikom polecam wycieczkę do Torunia, tam trudno dziś na starówce znaleźć choćby kawałek asfaltu.
Dobrego samopoczucia nie psują nam także sklecone z płyt pilśniowych budy, bezczelnie panoszące się w nobliwym Sopocie. A gdy dodamy do tego gąszcz byle jak i byle gdzie wiszących reklam, całe ulice szarych i odrapanych kamienic to mityczny urok Trójmiasta pryska. Co na to architekci i plastycy? Czy lata brzydoty w PRL już na zawsze pozbawiły nas wrażliwości estetycznej?
Grzech nietolerancji
Chuligani na stadionie rzucają bananami w ciemnoskórych piłkarzy. Radykalni politycy, grając na bolesnych przeżyciach wojennych, każą nam widzieć we wszystkich Niemcach wrogów, rewizjonistów. Inni zajmują się demaskowaniem "pederastów" wśród konkurentów politycznych.
Trudno uwierzyć, że to tu azyl znaleźli francuscy kalwiniści i holenderscy menonici. Trzeba przypomnieć bowiem, że Gdańsk słynął niegdyś w Europie z otwartości i tolerancji.
Wszystko to dzieje się za naszym cichym przyzwoleniem. Oczywiście, można powiedzieć, że to tylko margines. Ale czy nasz brak reakcji nie zachęca do poszerzania tego marginesu? Nie ośmiela jeszcze bardziej wszelkiej maści kseno- i homofobów?
Czas więc głośno zaprotestować. Zobowiązuje nas do tego tradycja, ale także troska o to, by turyści i inwestorzy ze świata nie zaczęli omijać nas wielkim łukiem.
Co dalej z Trójmiastem?
Gdzieś w głębi duszy mam przekonanie, że jeszcze nigdy od końca drugiej wojny światowej Trójmiasto nie stało przed tak ogromną szansą. Sprzyja nam nasza tradycja, położenie geograficzne, obecność w Unii Europejskiej. Co zrobić więc, byśmy potrafili z tego skorzystać? Jak walczyć z naszymi grzechami? Co zmienić, by młodzi po studiach chcieli zostać i właśnie tu rozwinąć swe skrzydła? Czekamy na opinie. Zapraszamy do dyskusji o Trójmieście. Dla wszystkich, którym leży na sercu jego los, otwieramy nasze łamy.