Warszawa powinna mieć naczelnego architekta miasta. Wyobrażam go sobie jako "dyrygenta piękna", który czuwa na tym, aby kompozycje poszczególnych architektów dały się zgrać w sensowną całość, a nie tworzyły dzikiej kakofonii form i kolorów. Dyrygent jest zwłaszcza konieczny w miejscach kluczowych - w centrum, przy głównych placach i ulicach, w bramach wjazdowych. Zbyt często bowiem inwestorzy i architekci forsują tylko to, co im w duszy gra. Zapominają o tym, że nie wszędzie wolno wszystko.
Architekta Warszawy nie zastąpią szczegółowe plany zagospodarowania przestrzennego. Z prostej przyczyny - zaledwie ok. 15 proc. powierzchni miasta jest pokryta takimi planami. A szczegółowość tych już istniejących pozostawia wiele do życzenia i odbiega od standardów zachodnioeuropejskich.
Na początku lat 90. stolica rozwijała się żywiołowo i chaotycznie. Planowanie przestrzenne część samorządowców uznała za "wymysł bolszewicki". Zaczęła królować "wolnoamerykanka". To niewidzialna ręka rynku miała nam wyczarować nowe, lepsze, liberalne miasto. To zagraniczny inwestor wstawił np. "kabinę prysznicową", czyli wieżowiec Reform Plaza (teraz Millennium) w Al. Jerozolimskich w sąsiedztwie dużo niższych budynków i zabytkowych kamienic. A polscy inwestorzy zbudowali domy w klinach nawietrzających miasto.
Tylko ścisłe regulacje zapisane w planie i architekt miasta mogą zapewnić, że w szybko rozwijającej się metropolii nie zabraknie parków, przestrzeni publicznych i gmachów dostępnych dla wszystkich.
Architekt miasta jest wreszcie potrzebny, aby inspirować polityków. Ktoś musi być blisko prezydenta i wciąż mu przypominać, że oprócz obwodnicy, metra i mostów trzeba też budować Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Muzeum Historii Żydów Polskich, Centrum Nauki "Kopernik". Że należy z Krakowskiego Przedmieścia zrobić deptak, a z węzłów komunikacyjnych z parkingami - piękne place Trzech Krzyży, Teatralny czy Konstytucji.
Bez naczelnego architekta-dyrygenta i planów szczegółowych liczne niewidzialne ręce rynku mogą do reszty spaprać nasze miasto.