Rozmowa z Jerzym Fedorowiczem, dyrektorem nowohuckiego Teatru Ludowego i posłem PO
Renata Radłowska: Jak się miewają Pana skini?
Jerzy Fedorowicz: Pyta pani o chłopaków, z którymi robiłem "Romea i Julię" w Teatrze Ludowym? Świetnie. To banał, co powiem, ale oni wyszli na ludzi. Na przykład Wiesio jest doktorem informatyki, Radek jest biznesmen. Jestem z nich dumny. A na początku lat 90., kiedy realizowaliśmy ten projekt teatralny, to wszyscy się ze mnie śmiali. Że porywam się na coś szalonego. Ale formuła tego teatru wypaliła.
Opracowuje Pan program przeciw agresji.
- Sam tego nie zrobię, bo nie mam przygotowania merytorycznego. Ale rozmawiałem już z kuratorami oświaty i obiecano mi pomoc. A ja? Ja mam doświadczenie, wiem, jak z dzieciakami rozmawiać i jak ich czymś zainteresować. Pomysł z programem, który teraz chciałbym realizować w szkołach, przyszedł zaraz po tym, jak przeczytałem w "Gazecie" rozpaczliwy i cholernie mocny list uczennicy jednego z krakowskich liceów. Byłem wstrząśnięty! Pomyślałem, że skoro polskie pomysły edukacyjne się nie sprawdziły, może więc warto wykorzystać te amerykańskie.
Amerykańskie szkoły nie są chyba najbezpieczniejsze na świecie...
- No właśnie. I dlatego Amerykanie mają spore doświadczenia w walce z agresją wśród uczniów. To, co oni robią, ja chciałbym w jakiejś części zastosować w naszych realiach. W styczniu chciałbym ruszyć z grupą ludzi do szkół. Ale nie żaden tam kurator, policjant, czy prokurator. Będzie to znany sportowiec, aktor, rockenrdolowiec. I nie ktoś taki, kto zanudzi, albo kogo znają świetnie rodzice, ale człowiek, którego dzieciaki szanują.
A są tacy?
- Jasne! Myśli pani, że jak się pojawi w krakowskiej szkole Marcin Cabaj, albo Kuba Błaszczykowski, to dzieciaki nie przyjdą na spotkanie z nimi? Przyjdą.
I co potem?
- Dla jednych nic, dla drugich wiele - będziemy gadać. O agresji, o nietolerancji, o ksenofobii. Nie tak, jak z panem pedagogiem; nie ze statystykami w ręce; żadna tam pogadanka zwołana na polecenie dyrektora. Normalnie. Taka rozmowa powinna być szczera, i chciałbym, żeby podczas niej mówiły obie strony. Także te chłopaki pod ścianą, które udają, że mają wszystko w d..., i plują na podłogę. Idealista z Pana.
- Możliwe. Ruszamy w styczniu. Parę dni temu zadzwonił do mnie Zbyszek Hołdys, stary rockendrolowiec, który chciał się przyłączyć do tego projektu. Spotkania w szkołach to nie wszystko - chciałbym, żeby studenci szkół artystycznych kończyli specjalne kursy dla terapeutów (to oczywiście opcja, którą można sobie wybrać). Potem mogliby pracować w szkołach, prowadzić zajęcia z dzieciakami.