Zacznę pozytywnie. Jadąc rano ul. Sikorskiego do pracy, cieszę się, bo wiem, że płynnie przejadę tę ulicę - od początku na Jarotach do ul. Tuwima. Sygnalizacja jest tu tak ustawiona, że przeważnie udaje mi się minąć bez zatrzymywania trzy skrzyżowania. Jak na Olsztyn to bardzo dużo. Cieszy mnie to? Nie, wkurza. Bo tak jest tylko rano. Później wszystko się zmienia, światła zaczynają działać inaczej, o płynnym przejeździe ul. Sikorskiego mogę tylko pomarzyć.
Dalej w mojej drodze do pracy jest już tylko gorzej - jadę od świateł do świateł i na każdych staję. Jak ruszę na skrzyżowaniu z Pstrowskiego, to na skrzyżowaniu z Kościuszki 300 metrów dalej na 100 proc. złapię czerwone. I pluję sobie w brodę, bo gdybym jechał 70 km/godz., zdążyłbym na zielone. Tak samo trzeba byłoby cisnąć pedał gazu, jadąc od pl. Roosevelta, by przejechać bez zatrzymywania skrzyżowanie z Kościuszki. Podobnie na Wojska Polskiego między Jagiellońską a Dąbrowskiego.
O światłach w Olsztynie rozmawiałem z Miejskim Zarządem Dróg kilka razy. Zawsze słyszałem, że układ ulic w Olsztynie nie pozwala na lepsze ustawienie sygnalizacji (nie ma jednej głównej drogi, jak przecinająca Gdańsk ul. Grunwaldzka, więc trudno zrobić u nas zieloną falę). Bo którzy kierowcy - na przykład w rejonie ulic Pstrowskiego i Sikorskiego - mają być uprzywilejowani? Którzy powinni mieć zieloną falę? Ci jadący tranzytem z Bezled do Warszawy czy ci z Jarot do centrum? Drogowcy nie wybrali ani tych, ani tych, machnęli na nich ręką. W efekcie w Olsztynie nikt nie jest uprzywilejowany, nikt nie ma lepiej, wszyscy na światłach stoją po równo.
Tylko, że to tłumaczenie nijak się ma np. do ul. Leonharda. Kierowcy jadący w stronę Warszawy ruszają przy Obi i na pewno będą musieli zatrzymać się już po stu metrach na czerwonym świetle na skrzyżowaniu z Kołobrzeską. A zanim dojadą do Rolnika, złapią przynajmniej dwa czerwone (jeśli nie cztery). Czy tam też układ drogowy nie pozwala na bardziej przyjazne ustawienie sygnalizacji?
W dodatku w mieście pojawiły się nowe sygnalizatory. Mijając niektóre, zawsze zadaję sobie pytanie, po co one tu stoją, np. na skrzyżowaniu między DH Alfa a dawną Dyrekcją Kolejową. Albo pojawiły się i działają fatalnie, np. na skrzyżowaniu Kościuszki-Kołobrzeskiej-Mazurskiej.
Nie zazdroszczę też pieszym potwornie długiego oczekiwania na zapalenie zielonego światła na skrzyżowaniach Piłsudskiego przy NBP i SP 2, przy poczcie na Pieniężnego, przy Urzędzie Wojewódzkim i na skrzyżowaniu Warszawskiej-Jagiellończyka. To, co tam się dzieje, to kompromitacja.
Sygnalizacją w Olsztynie nie kierują żadne reguły, przynajmniej ja i moi znajomi, z którymi się konsultowałem, tych reguł nie dostrzegają. Przepraszam, jest jedna reguła. Tam, gdzie sygnalizacja została zlikwidowana, skończyły się problemy kierowców. Ale takie miejsca są w mieście chyba tylko dwa - nie ma już świateł koło Dworca Zachodniego na nowym rondzie i wyłączone są te na ul. Leonharda przy wyjeździe z Michelin. I co? I od razu tam się dobrze jedzie.
Niedawno - przy okazji likwidacji ronda na Zatorzu - rozmawiałem z drogowcami w kilku innych miastach. Przedstawiciel Zarządu Dróg w Warszawie, gdy odpowiadał na moje pytanie o liczne sygnalizacje świetlne w niektórych miastach, powiedział, że światła można bez problemu ustawić nawet co parę metrów, wtedy kierowcy jeździliby 5 km/godz. - Ale przecież nie o to chodzi - podsumował rozsądnie. Takiego rozsądku oczekuję w Olsztynie.