Organizatorem totalizatora konnego w Polsce była warszawska spółka Służewieckie Tory Wyścigów Konnych. Ale zbankrutowała i na razie nie ma nikogo, kto zająłby jej miejsce.
Jerzy Budny, prezes Polskiego Klubu Wyścigów Konnych, tłumaczy: - Trwają rozmowy z Totalizatorem Sportowym, żeby wziął na siebie organizację wyścigów i przyjmowanie zakładów. Jeżeli wyścigi i zakłady ruszą w Warszawie, będą i we Wrocławiu. Dla samego Wrocławia totalizator się nie opłaca - za małe obroty.
- Skandal. Nawet w stanie wojennym można było grać na wyścigach konnych - złości się pan Zdzisław. Gra od czterdziestu lat. - Za to, co zostawiłem na wyścigach, mógłbym dobrego mercedesa kupić - mówi.
W niedzielę przegrał sto złotych. Bo chociaż kasy są nieczynne, wtajemniczeni obstawiają gonitwy. - Nie chcą zarabiać oni - pan Zdzisław pokazuje puste kasy - płacę "bokowi".
- Komu? - Bukmacherowi. Ale oni tylko od znajomych przyjmują zakłady. Od pana by nie przyjęli - tłumaczy.
Na ławce, niedaleko nieczynnych kas siedzi kilku mężczyzn. Jeden notuje coś w programie zawodów. Czarna skórzana kurtka, dżinsy, jakieś czterdzieści pięć lat.
Mój nauczyciel konnego hazardu podchodzi do niego. Mężczyzna daje mu banknot. Za każdą postawioną złotówkę pan Zdzisław wygrał 2,50.
Przy człowieku w skórze stoi kilku innych mężczyzn. Panowie z ręki do ręki przekazują sobie banknoty. Ale mężczyzna klientów ma niewielu, bo i widzów na Partynicach była garstka. - Brzydka pogoda, wizyta papieża no i zakładów nie ma - mówią moi rozmówcy. - Podobno już w lipcu zakłady znowu ruszą.
Prezes Jerzy Budny potwierdza, że rozmowy idą w dobrym kierunku, choć lipcowy termin wznowienia zakładów nie jest pewny. - Rozmowy z Totalizatorem Sportowym powinny się skończyć w najbliższych tygodniach. Ale potem trzeba jeszcze kilku kolejnych, żeby uruchomić cały system przyjmowania zakładów.