Renata Radłowska: Po co Nowej Hucie plakaty o Nowej Hucie?
Marcin Klag: Żeby przejrzała się w nich i zobaczyła, jaka jest naprawdę. Plakat miał być podpowiedzią, daliśmy więc ludziom zaledwie fragment rzeczywistości nowohuckiej; wszystko po to, żeby zaczęli myśleć o dzielnicy mniej stereotypowo.
To manipulacja.
- Plakat jest krótkim i szybkim przekazem; prezentuje fragment jakiejś rzeczy, jakiegoś miejsca, ale zawsze jest to fragment najistotniejszy. Manipulacja polega w tym wypadku na jego wypunktowaniu.
Co takie plakaty mówią o Hucie?
- Każdy coś innego. Ale mają kilka wspólnych wątków: zieleń, bo Huta jest dzielnicą zieleni; biel budynków, bo kiedyś Huta była biała albo bardzo kolorowa (i ten brak szarości został mieszkańcom we wspomnieniach). Jest jeszcze kombinat, ponieważ Huta to przemysł; ale jest też bogactwo kilkusetletnich krakowskich tradycji - pamiętajmy, że dzielnicę zbudowano na terenie bardzo starych podkrakowskich wsi.
Ale bardziej kojarzy się jednak z blokersami, wojnami kibiców.
- Rzeczywiście, tak się kojarzy, ale tylko na zewnątrz. Jeżeli zapytać mieszkańców Nowej Huty o Hutę i zapytać o to samo Polaków z innych miast, to te odpowiedzi będą zupełnie różne. Która jest prawdziwa? Nowohucianie pewnie lepiej wiedzą, w jakim miejscu żyją, jak się tam czują, czy im się podoba.
Jak wyglądałby antyplakat Nowej Huty?
- Byłby pełen stereotypów i mitów, które - niestety - krążą po Polsce.
Myśli pan, że te pięć plakatów przekona ludzi do Huty?
- Nie mogę tego zagwarantować. Ale na pewno plakaty zwrócą ich uwagę; może ktoś zastanowi się nad rewizją poglądów.
Huta miała już plakaty zwracające uwagę.
- Miała. Tyle że to była propaganda, a nie prezentacja wycinków rzeczywistości. Peerelowskie plakaty pokazywały iluzję, ułudę. Te nasze pokazują fragmenty, z których Huta się składa. Są realne - można je zobaczyć, można ich dotknąć, pospacerować między nimi.