Podajemy teraz krótki przepis na to, jak dać się naciąć. Naszymi ekspertami będą osoby, które sprawdziły przepis osobiście.
- Zobaczyłem ogłoszenie w gazecie. Było napisane: praca przy rozbiórkach w Austrii i był podany numer telefonu komórkowego. Zadzwoniłem - opowiada pan Eugeniusz Biegański. Mieszka pod Białymstokiem.
Głos w słuchawce powiedział, że trzeba na konto w banku wpłacić 250 zł. To koszty transportu. Prowizja za załatwienie formalności - 100 euro - miała być potrącona dopiero z pierwszej pensji.
- Po wpłaceniu pieniędzy zadzwoniłem ponownie pod ten numer. Głos powiedział, że trzeba czekać, aż zbierze się cały autokar osób. Czekałem, ale nikt do mnie już nie dzwonił. Kiedy sam dzwoniłem, to nikt nie odbierał - mówi pan Jerzy Jarmoński, kolega pana Eugeniusza. To od niego dowiedział się o pracy w Austrii. Wczoraj razem z nim odwiedził białostocki sąd, gdzie zeznawał w sprawie oszusta.
Białostockim śledczym udało się namierzyć tylko jednego z szajki naciągaczy. Był nim obywatel Czech Jaroslaw K. To na jego nazwisko otworzono bankowe konto, na które wpłacono pieniądze. W sumie odpowie za oszukanie co najmniej 32 osób z 25 polskich miast. Mężczyzny nie było wczoraj w sądzie, ale to nie przeszkodziło, by rozpocząć jego proces. Pozostałych naciągaczy nie udało się złapać.
Prokuratura chce, by Jaroslaw K. oddał wszystkim ludziom pieniądze. Żeby go do tego zdopingować, złożyła wniosek o ukaranie go karą w zawieszeniu. Oznacza to, że kiedy pieniędzy nie odda w określonym czasie, trafi do więzienia.
Wyrok we wtorek.