Świece płonęły w częstochowskich oknach już w sobotni wieczór. - To już rok, a ja na wspomnienie o naszym Papieżu ciągle płaczę. Pociesza mnie tylko, że On teraz patrzy na nas z nieba i nam pomaga. Jest święty - mówi Teresa Turska z Zawodzia, zapalając płomyk w oknie domu.
Od niedzielnego ranka na Jasną Górę ciągnęły tłumy. Szły śpiewając "Barkę", ulubioną pieśń Papieża, i modląc się. Witał ich wielki portret Jana Pawła II i jego słowa z początku pontyfikatu: "Proszę was, bądźcie ze mną na Jasnej Górze i wszędzie". Przed południem pod szczytem odprawiona została msza za szybkie wyniesienie Jana Pawła II na ołtarze. Potem przez cały dzień wierni odmawiali różaniec, ukochaną modlitwę Papieża. - Dzisiaj przychodzimy do Jana Pawła II, wielkiego Sługi Bożego, który ukazywał nam Jezusa i ukazuje nam Go nadal. Przychodzimy z wdzięcznością za dar jego pasterskiej posługi dla całego Kościoła - mówił do wiernych o. Bogdan Waliczek, przeor Jasnej Góry.
Małgosia Hinz i Joasia Francuz z Gimnazjum nr 14 przyszły do klasztoru modlić się, a wieczorem w bazylice wysłuchać koncertu papieskiego (polska prapremiera "Requiem" Giovanni Veneriego z 1999 roku zadedykowana Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II). - Rok temu oglądałam z rodzicami telewizję i prosiłam Boga, by Papież wyzdrowiał. I nagle wiadomość, że zmarł. Uciekłam do swojego pokoju, byłam zrozpaczona - mówi Gosia. Rodziców Joasi tego dnia odwiedzili znajomi. - Po 21.37 zaległa cisza, a potem siedzieliśmy przy stole i wszyscy cicho płakali - wspomina Joanna.
Ok. godz. 17 na błoniach pod klasztorem harcerze z częstochowskiego hufca i wierni utworzyli krąg. - W ten sposób chcieliśmy uczcić Jego pamięć. Nie mam wątpliwości, że jest w gronie świętych, patrzy stamtąd na nas i nam błogosławi - mówił Kacper Szymala z 5. Częstochowskiej Drużyny Harcerskiej Orion. - Przed rokiem o tej porze modliłem się na Jasnej Górze o zdrowie dla Jana Pawła II. Wróciłem wieczorem do domu, miałem nadzieję, że nazajutrz rano usłyszę, iż wraca do zdrowia, ale telewizja podała wiadomość, że nie żyje...
- Odkąd się urodziłem, On zawsze był, odwiedzał moje miasto. Kiedy umarł, wiedziałem, że tracę kogoś bliskiego - wtórował koledze Marek Owczarek z 6. Drużyny im. Floriana Marciniaka.
Płetwonurkowie z częstochowskiej straży pożarnej uczcili rocznicę śmierci Jana Pawła II pod wodą: w Pacyfiku. - To umiemy najlepiej - mówił Piotr Jasiński, szef sekcji. - Przed rokiem wieczorem siedziałem z kolegami, kiedy nagle usłyszeliśmy dzwony i było jasne: dokonało się. Byłem załamany. Poszedłem zapalić znicze w alei Jana Pawła II, ale wciąż miałem nadzieją, że może ktoś się pomylił, że zaraz usłyszymy, iż Ojciec Święty nadal żyje. Teraz zewsząd słyszę, że nadal jest z nami. Ja inaczej to odbieram: już Go nie zobaczymy, nie pocieszy nas, już tu do nas nie przyjedzie. Był największym Polakiem, a zarazem bardzo bliską osobą. Czuję wielką pustkę.
- Rok temu jechałem po rower. Kiedy z głośników rozległa się muzyka z filmu "Pianista", zrozumiałem, że Papież odszedł. Wróciłem do domu, w telewizji zobaczyłem żałobne wstążki - mówił nam Piotr Janus, pracownik odlewni Wulkan, oglądając zdjęcia modlących się częstochowian, które rok temu zrobili fotografowie "Gazety", a przez weekend wisiały w kilkudziesięciu witrynach w Alejach. - Ale ta żałoba sprzed roku niewiele w nas zmieniła. W rocznicę umiemy się wspólnie modlić, ale na co dzień zapominamy, czego Papież pragnął. Chciał, żebyśmy się zmienili na lepsze. Myślę, że wciąż nie jest za późno na tę zmianę.