Bezdomny pielgrzym przeszedł 2000 km z Wadowic do Watykanu

Agnieszka Czajkowska
2006-06-26, ostatnia aktualizacja 2006-06-26 00:00

Czesław Michałek ze schroniska Brata Alberta przeszedł w ciągu 56 dni 2000 km z Wadowic do Watykanu. Szedł na grób Jana Pawła II w intencji wszystkich opuszczonych i skrzywdzonych przez los


Fot. Mikołaj Nowacki/ AG
55-letni Czesław Michałek wyruszył z Wadowic w pieszą pielgrzymkę 20 kwietnia. Zabrał ze sobą plecak, namiot, buty na zmianę i 30 euro. - Języków obcych nie znam, więc przygotowali mi specjalną plakietkę po angielsku, niemiecku i włosku - opowiada pan Czesław. - Żeby było wiadomo, kim jestem i po co idę.

Plan trasy opracował co do joty: granica czeska, austriacka, włoska. Wyszło mu na początku jakieś 1800 km - w rzeczywistości przeszedł 2000 km przez wioski, miasteczka, góry i doliny. Nocował w namiocie, który rozbijał pod lasem, a jak się dało - u życzliwych gospodarzy w szopie. Szedł samotnie i rozmyślał. W podróży towarzyszył mu co jakiś czas Ksawery Szczepanik z katowickiej filmówki, który kręci dokument o pielgrzymce pana Czesława.

- Tempo ostre, na początku szedłem po 40 km dziennie - chwali się pan Czesław. - Pogoda ładna, w plecaku bułka i woda. Potem zaczęło się pod górkę.

Najgorsze były Alpy: tylko wzniesienia, serpentyny, deszcz. Pan Czesław budził się w namiocie pełnym wody. Ale Austriacy gościnni, wielkoduszni. - Tego się po nich nie spodziewałem - mówi pielgrzym. - Przynosili mi jedzenie i gorącą kawę.

Włosi z kolei rozczarowali pana Czesława: nieufni, nie pozwolili nawet komórki doładować.

Po drodze chwytał się różnych prac, żeby zarobić na bułkę i czekoladę, jedyny luksus w podróży.

Spotykał Polaków, którzy wyjechali za chlebem, a oni dodawali mu otuchy. Więc szedł dalej mimo bólu w plecach. Pod koniec wyprawy spieszył się tak bardzo, że szedł po 16 godzin dziennie, do później nocy. Nawet nie rozbijał namiotu, kładł się spać w śpiworze pod gołym niebem.

Po 56 dniach wędrówki stanął przed Bazyliką św. Piotra w Watykanie. - I tu dostąpiłem zaszczytu, jaki mają tylko głowy państw- emocjonuje się pan Czesław. - Pozwolili mi zbliżyć się do grobu Papieża i modlić się 15 minut. Ludzie czekali, bo każdy może tam przystanąć tylko na sekundę. To moja największa nagroda za ten trud.

Padł więc na kolana i modlił się za kolegów ze schroniska dla bezdomnych i za wszystkich pokrzywdzonych przez los. - W drodze to oni dodawali mi sił. Czułem też, że Ojciec Święty wie, że do niego idę - wyznaje.

Potem była msza w kaplicy ojców salezjanów w intencji dzielnego pielgrzyma i wywiad dla TVP, która zrobi dokument o panu Czesławie. Kilka dni temu pielgrzym dotarł z powrotem do wrocławskiego schroniska przy Bogedaina. Pisze pamiętnik z wyprawy. Schudł ponad pięć kilo, ale mówi, że poszedłby jeszcze raz.

Najczęściej czytane24 htydzień