http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif
CYTAT DNIAJego wielką zaletą jest to, że nikogo nie drażni''Le Figaro'' o nowym prezydencie UE

Gazeta.pl > Wiadomości >  Prasa, Prasówka >  ''Polityka''

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Wiadomości - Gazeta.pl

Cena repa

Iza Michalewicz
2009-05-29, ostatnia aktualizacja 2009-05-29 16:45

Znana firma pożyczkowa przez lata rozdawała kredyty hojną ręką. Ich odzyskiwaniem zajmują się przedstawiciele handlowi. Często to kobiety. Bezbronne w świecie biedy, patologii, melin. Pięć spośród nich nie żyje.


Okładka ''Polityki'' nr 22
Okładka ''Polityki'' nr 22
ZOBACZ TAKŻE
Kiedy 27 marca 2009 r. ciało Beaty G. wypadło z kontenera na śmieci koło Ostródy (warmińsko-mazurskie), jej ostatni klient obejrzał właśnie kolejny odcinek serialu ''M jak miłość''. Zabił kobietę, uderzając ją kilkadziesiąt razy metalową rurką, z zabranych jej 500 zł oddał długi, po czym wpadł do narzeczonej na telewizję.

Beata G. pracowała w firmie pożyczkowej Provident Polska jako rep (skrót od representative, przedstawiciel). Dla Provident Polska do końca ubiegłego roku pracowało niemal 13 tys. repów. Adam Chiliński (garnitur, różowy krawat, uprzejmy), członek zarządu PP, związany z firmą od 12 lat: - Żyjemy w niebezpiecznych czasach. Zabójstwa mogą się zdarzyć wszędzie i w każdej chwili. Wartości i sumienie odeszły na dalszy plan. Zaznacza, że przedstawiciele firmy odbywają rocznie 50 mln wizyt. Podkreśla to kilkakrotnie, jakby to miała być przeciwwaga dla liczby zaledwie pięciu zamordowanych dotychczas przedstawicielek.

Nóż do chleba

Pierwsza była Dorota. Często mówiła, że nie chce chodzić z pieniędzmi po melinach. Bała się. Ale firma uważała, że ma gadane, a do tego jest odważna. Dlatego tak długo się broniła.

Łódź 6 lipca 2004 r. była już gotowa do wakacji. Tłum na Piotrkowskiej odwiedzał knajpy, kasyna i podziwiał odnowione kamienice. Tego wieczora Paweł W. zdjął z palców Doroty cztery pierścionki i zaniósł je do lombardu przy ul. Narutowicza (róg Piotrkowskiej). Musiał minąć po drodze kilka śmierdzących podwórek, bo w tej części ulicy Nawrot, gdzie mieszkał, nie było kasyna, ale rozpadające się rudery i opustoszały bazar. W lombardzie dostał za pierścionki 140 zł. Były warte prawie 2,5 tys., ale Paweł nie mógł ich zdjąć inaczej z martwych palców Doroty, jak tylko cążkami. Ręce kobiety, ukryte poprzedniego dnia w wersalce pokoju Pawła, napuchły od letniego gorąca. Matka, która codziennie przynosiła synowi na śniadanie kanapki, w końcu poczuła odór. Zaniepokoiła się. - Chodź ze mną na komendę - powiedział jej wreszcie. Policjant Jacek Pietrzykowski zeznał potem, że coś z nim (Pawłem W.) było nie tak. Nad wyraz spokojny mówił, że zabił kobietę tak, jakby kroił chleb. Kiedy zamknął za Dorotą drzwi, wziął do ręki nóż do chleba, i chwytając ją za głowę od tyłu poderżnął jej gardło. Kobieta nie miała szans, ale nie chciała dać za wygraną. Ugryzła go w palec, aż polała się krew. Dlatego, gdy upadła, Paweł wziął siekierę i zmasakrował jej twarz.

Nie wiedziałem, że Dorota ma dzieci, powie. Ta zbrodnia przeczy całemu mojemu życiu. Nie wiem, jak mogłem dla paru groszy zabić młodą kobietę. Jaki szatan mną kierował. Johanna, matka Doroty, mówi, że czasem córka odwiedzała klientów ze swoim narzeczonym. Dostała ciężkie dzielnice: Bałuty, Widzew. - Nie mogli tam ściągnąć długów i wtedy firma wysyłała moją córkę. Bo Dorotka to ma perswazję, Dorotka przekona.

Matka Pawła W. miała niewielką emeryturę, a on sam 700 zł renty po ojcu. Bezrobotny. Bez majątku. Niekarany. Od kwietnia do czerwca 2004 r. Dorota udzieliła im pięciu pożyczek. Byli zadłużeni na łączną sumę 8456,66 zł.

- W każdym oddziale PP jest wiele zadłużonych osób, u których suma rat w ujęciu miesięcznym jest wyższa od uzyskiwanych dochodów. Uprawiano rozdawnictwo pieniędzy - opowiada Rafał Jezierski, były AM (area manager, kierownik rejonu). Pracował w Provident Polska ponad cztery lata. Od 2000 r. zarządzał grupą niemal stu przedstawicieli. Badanie kredytowe, mówi Jezierski, wyglądało tak, że przychodził rep i pytał klienta, ile zarabia. Zapisywał jego ustne oświadczenie o zarobkach we wniosku kredytowym - nie było jednak obowiązku weryfikacji tych danych u pracodawcy. Przedstawiciele często dublowali dochody. We wniosku żony wpisywali dochód i jej, i męża. A jak za parę tygodni mąż brał pożyczkę - to odwrotnie.

Przedstawiciel odnotowywał także pobieżnie wysokość opłat - za czynsz, prąd oraz posiadanych zobowiązań. - W okresach największych nacisków na ND (New Door - nowe drzwi, czyli nowy klient) dawano pieniądze na dowód osobisty, żeby się wykazać liczbą udzielonych pożyczek. Repa bezwzględnie rozliczał DM, development manager, kierownik do spraw rozwoju, a DM - ja. Mnóstwo było gospodarstw, w których każdy dorosły mieszkaniec miał jedną lub kilka pożyczek w PP, a nie każdy z nich posiadał jakikolwiek stały dochód. Banki drapały się w głowę, jak Provident to robi. A rep nie miał wyjścia. Dla wielu przedstawicieli to było jedyne źródło utrzymania i nie chcieli go stracić, dlatego sprzedawali pożyczkę byle komu.

ROM (regional operations manager, kierownik regionu) z sąsiedniego oddziału, wspomina Rafał, miał powiedzenie: "żeby skały srały, plan ma być wykonany". Plan, a więc odpowiednia liczba podpisanych nowych umów (ND) i zbiórek (suma zebranych rat). Z ratami właśnie było gorzej. "Niech mi pan da chociaż 10 zł, bo mi kierownik głowę urwie" - prosiła Dorota M. Tę ostatnią telefoniczną rozmowę koleżanki z klientem zapamiętała Jolanta G., z którą Dorota pracowała w szkole. Bo Dorota rano szła sprzątać podstawówkę, wracała, przebierała się i jechała do klientów.

Z forum, na którym anonimowo spotykają się byli i obecni pracownicy Providenta: "Mój szef kazał mi naklejać na drzwiach kartki z danymi ludzi, którzy mieli pożyczki i nie płacili. Mało tego - takie kartki kazał niby przez pomyłkę zostawiać sąsiadom w drzwiach. Nigdy tego nie robiłam. Po odejściu z firmy przez 6 miesięcy nie dostałam zaległego wynagrodzenia, tak długo trwało sprawdzanie mojego rejestru". Inny wpis: "kierownictwo zaczęło szantażować nas i wymuszać podpisywanie umów za wszelką cenę. Doszło do tego, że wprost powiedziano nam, że mamy podpisywać umowy z żulami, żeby tylko słupki sprzedaży rosły lub utrzymywały się na względnym poziomie".

Rafał jako kierownik rejonu miał obowiązek bywać u klientów niespłacalnych, czyli trudnych. Uważa, że 60 proc. dłużników Providenta z ostatnich lat to niziny społeczne, tzw. margines bankowy. Ludzie, którym żaden bank nie udzielił kredytu. Najczęściej dlatego, że nie mają żadnych dochodów lub zbyt niskie. - Mam was w dupie, bo nie mam roboty. I tak ze mnie nie ściągniecie - słyszałem wielokrotnie. A ile razy klient był pijany, groził mi, ubliżał! Jak tu jeszcze raz przyjdziesz, to cię zapierdolę, mówił. Nigdy nie wiedziałem, czy wyjdę z tego domu. I to jest sól tej pracy.

Po pierwszym morderstwie w firmie Provident Polska próbowano zachować zimną krew. Magda Kietlicz, która przez sześć lat pracowała jako DM, wspomina, że w 2004 r. zwołano w jej biurze 15-minutowe zebranie. Przyjechał ROM i poinformował pracowników o zabójstwie. Mówił, w jaki sposób kobieta została zamordowana. Uspokójcie przedstawicieli i sami zachowajcie spokój, mówił. Czas biegnie dalej. Róbcie, co do was należy. Magda pamięta, że podobnie było po kolejnych morderstwach. Tylko potem dodawano, że zdarzają się wszędzie, nie tylko w PP. Po każdym zabójstwie przedstawiciele się bali. Pytali, co firma z tym zrobi. - I co im miałam odpowiadać? Że jeśli będą mieli wątpliwości, czy wejść do mieszkania, to mają tam nie iść? A oni na to: w ten sposób to w ogóle musielibyśmy w domu siedzieć.

Psia smycz

Ewa P. weszła. Nieufna i ostrożna, ale miała 560 zł renty i chciała dorobić. Była repem od zbiórek na łódzkich Bałutach. Nie mogła sama podpisywać umów, więc nie nosiła przy sobie zbyt wielu pieniędzy. Tamtego lata 2005 r. przyszła po niecałe 22 zł raty do Justyny, która wzięła 500 zł pożyczki na zapłatę czynszu. Justyna zaczęła studia na Uniwersytecie Łódzkim i dorabiała w ogrodnictwie - 4,80 zł brutto na godzinę. Zostawiła pieniądze na ratę swojemu chłopakowi i pojechała do pracy. Ale nie miała pojęcia, że Piotr P., 25-letni wytatuowany osiłek, to drobny złodziejaszek, który na co dzień wyrywał staruszkom torebki albo okradał ludzi z portfeli. Wcześniej karany, też miał kredyt w Providencie. Wymyślił, że agentka na pewno ma przy sobie dużo pieniędzy. Nie wiedział, że każdy przedstawiciel PP ma obowiązek tzw. bankowania - zostawiania większej gotówki w oddziałach banków lub firmy. I że Ewa tylko odbiera raty. Weszła więc do mieszkania, usiadła przy stole i czekała na pieniądze, głaszcząc jamnika Justyny. Wtedy Piotr owinął wokół jej szyi psią smycz. Nie broniła się. Zresztą nie miała czym.

Jej telefon komórkowy sprzedał w tym samym lombardzie, gdzie poprzedni morderca złoty złom. Za 80 zł. Mało. Zabrał więc Ewie klucze od mieszkania i gruntownie je splądrował. Niewiele tego było. Dwa złote łańcuszki, kalkulator, trzy paczki rosyjskich papierosów, maszynka do golenia, depilator. Potem Justyna wpadnie w szok, że przez parę dni spała na zwłokach schowanych w wersalce. Na depilatorze policja znajdzie ślady jej DNA. Dziewczyna będzie wymagała pomocy psychologa.

Po tygodniu Piotr P. postanowi pozbyć się zwłok agentki, wlokąc je nocą po schodach. Nie udało mu się jednak włożyć ich do bagażnika. Za ciężkie. Zostawił je pod blokiem, przy bramie, owinięte w foliowe worki.

Niedługo po śmierci Ewy zapadnie wyrok dożywocia dla Pawła W., tego od pierścionków, który zabił Dorotę M. Jeden z ławników, Wojciech Źródlak, wniesie wotum separatum, obarczając firmę Provident moralną współodpowiedzialnością za tę zbrodnię. Uzasadni m.in., że łatwy dostęp do pieniędzy mają ludzie o niewysokim poziomie intelektualnym lub w ogóle ze środowisk patologicznych.

Rafał, AM: - Po drugim morderstwie firma podeszła poważniej do sprawy szkoleń w zakresie bezpieczeństwa. Wszyscy przedstawiciele mieli brać w nich udział, a my byliśmy z tego skrupulatnie rozliczani. Pojawił się film, na którym pokazano podstawowe zasady bezpiecznego zachowania się w tej pracy. Wszyscy podpisywali listę, że byli na gruntownym szkoleniu. Tak firma się zabezpieczała, jakby co.

Magda, DM, pamięta, że zabiegała wcześniej o szkolenia z obrony własnej dla repów. Prosili ją o to, kiedy jechała na Centralne Forum Pracownika (taki "wiec ludu"). Ale nie o wstępne szkolenie-ględzenie, teorię - jak dotąd. Tylko coś praktycznego, prowadzonego przez specjalistów, na sali sportowej. Jak się zachować: krzyczeć czy nie, oddać pieniądze czy walczyć, jak się ubrać, żeby nie prowokować do gwałtu. I zorganizowano takie szkolenie antynapadowe. Przeprowadziła je dla pracowników Providenta Centrala Szkoleń AT, należąca do byłych oficerów jednostki sił specjalnych Grom. - Spełniło wszelkie moje oczekiwania. Była nawet broń, scenki napadów, wrzaski bandytów itp. Dało bardzo dużo informacji. Niestety - tylko pracownikom etatowym. Repom, których zatrudnia się na umowy cywilnoprawne, tego szkolenia nie zapewniono. Firma tłumaczyła, że nie ma na to pieniędzy.

Tłuczek do mięsa

Kwiecień 2008 r. Na katowickim Załężu 55-letnia agentka Providenta została zakatowana przez 20-latka w takt muzyki, do której bawiło się jego naćpane towarzystwo. Kobieta dostała kilkadziesiąt ciosów tłuczkiem do mięsa, po czym Łukasz P. dobił ją nożem. Zabrał ponad 2 tys. zł i kupił za to narkotyki. Ciało kobiety dwa dni leżało w wannie, w końcu dwóch uczestników imprezy ruszyło sumienie i zgłosili zabójstwo na policję. - Pomagaliśmy mężowi zamordowanej kobiety, bo był zdruzgotany i strasznie zagubiony - mówi psycholog Katarzyna Korpolewska, która współpracuje z Providentem. Jej zdaniem agentka popełniła błąd, wchodząc do mieszkania, w którym przebywało tyle osób. Procedury Providenta nie pozwalają w takiej sytuacji udzielać pożyczek. Powinna była się wycofać. Ale znała zabójcę i straciła czujność. - Dowiedzieliśmy się od jej męża, że była w ogóle w życiu nieostrożna. Szkolimy przedstawicieli, żeby nie popadali w rutynę i nawet jeśli dobrze znają klienta, zachowali zdrowy rozsądek. Nikomu nie wolno ufać.

Adam Chiliński z zarządu mówi, że każde morderstwo repa to dla nich prawdziwa klęska. - Proszę mi wierzyć, Provident to firma z ludzką twarzą. Zapewnia, że zrobili wszystko, żeby pracowników zabezpieczyć. Dali telefony komórkowe, alarmy, które każdy przedstawiciel musi ze sobą nosić. A od 2007 r. pokazują podczas szkoleń profesjonalny 12-minutowy film na temat osobistego bezpieczeństwa. Powstał po konsultacji z policją i psychologiem.

- Zawsze podkreślamy, że najważniejsze jest zdrowie, własne bezpieczeństwo, na końcu dopiero patrzymy, jak zabezpieczyć nasze mienie. Poza tym firma zna każdy krok agenta, dlatego policja tak szybko znajduje zabójców.

Według procedur Providenta przedstawicielka z Zambrowa również popełniła błąd. Grażyna P. - drobna, filigranowa, 153 cm wzrostu - zeszła z Wojciechem Ł. do piwnicy. Powiedział jej, że nie chce, by rodzina wiedziała, że zaciąga pożyczkę. Grażyna miała w torebce alarm kieszonkowy. Torebkę policja znalazła na brzegu rzeki Gać, zimą, tuż przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia. Grażyna zginęła 21 grudnia 2008 r. Nawet nie zdążyła jej otworzyć.

Magda, DM, domyśla się dlaczego. Alarm to takie pudełko, w którym tkwi bolec z zaczepionym do niego paseczkiem. Po wyjęciu bolca alarm zaczyna wyć.

- Wyobrażasz sobie, że ktoś cię napada, a ty szperasz w torebce? Firma, która nas szkoliła, powiedziała wprost, że nasze alarmy możemy sobie włożyć gdzieś. Repy u Magdy to dorabiające matki, osoby na rencie, emeryturze albo nauczycielki. Słaba płeć. - Ale za brak alarmu - notatka. Były akcje, że ktoś z góry przyjeżdżał na kontrolę (tak zwany audyt). I dostawaliśmy informację, że ani jeden rep nie może pojawić się w biurze bez alarmu. Już lepiej, żeby wcale nie przychodził na rozliczenie.

Tak więc Grażyna P. z Zambrowa chodziła z alarmem w torebce. A mimo to Wojciech Ł., który postanowił zostać jej ostatnim klientem, udusił ją paskiem klinowym. W separacji z żoną, dwoje dzieci, chory na cukrzycę, 440 zł renty, namiętnie grał na automatach - opisuje sprawcę Maria Kudyba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łomży. - Kiedy został zatrzymany, wyjaśniał policji, że miał problemy ze spłatą wielu długów. Problem, że zabił kobietę dla 2,6 tys. zł, umknął mu na drugi plan.

Metalowa rurka

Ostatnia z ofiar zginęła dwa miesiące temu. Kiedy władze Providenta już umiały się bronić. Teraz na uwagę, że może firma nie do końca dobrze weryfikowała zdolność kredytową klientów, Adam Chilijski z zarządu odpowiada: - Nie dostanie pożyczki ten, kogo na nią nie stać. Provident zaostrzył warunki ich udzielania. Trzeba m.in. kserować umowy o pracę klientów. Ale jeśli nawet dziś już nie udziela się tych zbyt ryzykownych pożyczek, to pozostaje wciąż wiele niespłaconych. Ile ich jest, na jaką sumę? Tej informacji firma nie podaje. Wszystko jednak wskazuje, że w przeszłości, na fali kredytowego entuzjazmu, nawarzono sporo piwa.

Rafał, AM, twierdzi, że w szczytowym momencie firma miała ponad 900 tys. klientów, może myśleli, że dojdą do miliona? Przypomina sobie, że około 2003 r. miał w tym pomóc asystent sprzedaży - komputerowy system, który do dziś generuje dla każdego klienta oferty kolejnych pożyczek. Załóżmy, że w bazie danych był rencista, który wziął 500 zł pożyczki i spłacał ją regularnie, np. po 30 zł. - Na podstawie danych o kliencie: jego wieku, tego, kiedy wziął pożyczkę, historii spłat pierwszego kredytu - system wypluwał następne propozycje. I na żółtych kartkach przedstawiciel dostawał komunikat, że rencistę obecnie stać na zaciągnięcie pożyczki w maksymalnej wysokości 1500 zł. Kierownicy naciskali, bo na nich naciskano, żeby według tych komunikatów pożyczki sprzedawać.

Zawód egzekutora długów, który powinien być raczej domeną mężczyzn, wykonują samotne kobiety. Choćby po przeszkoleniu i z magicznym pudełeczkiem w torebce nie poradzą sobie z napastnikiem. Tu działa pewien prosty mechanizm psychologiczny i Provident powinien wziąć go pod uwagę: egzekutor długu staje się dla dłużnika wrogiem, od którego nie sposób się uwolnić.

Tak było i w przypadku zabójstwa Doroty, i każdym następnym. Być może do tych kolejnych śmierci by nie doszło, gdyby rep miał asystę. Kogoś, kto by czuwał i alarmował, gdy sytuacja staje się niepokojąca. Ale, wiadomo, to kosztuje. 13 tys. repów razy dwa...

Provident twierdzi, że nie stać ich na takie rozwiązanie. Johanna, matka Doroty, mówi, że wnuki dostały od firmy 100 tys. zł zadośćuczynienia. I że nikt z Providenta już o nie nie pyta.

Personalia niektórych bohaterów zostały zmienione

***

Najnowszy numer ''Polityki'' - spis treści

Zamów e-wydanie ''Polityki''

poleca:

Elita czy świta Klapa debaty premiera z gdańskimi związkowcami pokazała w tle ważny polski problem. Problem elit i ich społecznej pozycji. Ich siły, ale też niepewności i łatwości zastraszenia - pisze Jacek Żakowski.

Dobrze posiedzieć przy ZiobrzeW Małopolsce tylko Zbigniew Ziobro może uważać, że ma euromandat w kieszeni. Toteż jego kampania przypomina raczej inaugurację prezydenckiej kampanii w 2015 r. Dlaczego inteligencki Kraków postawił na Ziobrę?

Do burdelu, marsz! Niemcy uzasadniali zakładanie domów publicznych dla żołnierzy Wehrmachtu strachem przed chorobami wenerycznymi oraz chęcią zwalczania onanii i homoseksualizmu. Stworzyli cały biurokratyczny system tzw. kart odwiedzin.

Po co ten seks? Rozmowa z dr. Andrzejem Depko o sprawach łóżkowych

Powieść XX-lecia Pilch, Masłowska, Tokarczuk, Dukaj? A może ktoś zupełnie inny? Pomóż nam wybrać najlepszą książkę ostatniego XX-lecia!

Krzywe domy Trójmiasto stało się poligonem. Testuje się tu dwa całkowicie odmienne sposoby walki z biedą i patologią: tworzenie gett i budowanie oaz.

Zaraza, że aż strach Miały nas zabić priony, później SARS. Nad światem znów zawisła groza, gdy wirus świńskiej grypy wydostał się z Meksyku. Czarne prognozy się nie sprawdzają, ale nie mijają bez echa.

Puchatek i spółka Kiedyś były drewniane klocki, bączek, szmaciana lalka. A dziś? Czym się bawią polskie dzieci, jeśli nie siedzą przed telewizorem, konsolą do gier lub komputerem? Oto poradnik dla wszystkich dorosłych, którzy przed Dniem Dziecka stają przed wyborem: bierki czy Power Rangers?

Czy poseł Gowin odejdzie do PiS? Jarosław Gowin cieszy się, że PiS zgłosi projekt ustawy zakazującej metody in vitro. Co z nim dalej będzie? - pyta na swoim blogu Adam Szostkiewicz.

Desperacja Trudno inaczej wytłumaczyć ofensywę pana prezydenta, który odbywa codziennie przedwyborcze tury po kraju promując kandydatów PiS - komentuje na swoim blogu Janina Paradowska.

Źródło: Polityka

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.9

31 głosów

Najświeższe wiadomości w Twojej komórce
  • Poleć znajomemu
  • Wykop
  • Wydrukuj
  • Podyskutuj na forum
  • Cena repa anegra 01.06.09, 08:20

    I takie coś oficjalnie reklamują w telewizji publicznej, zamiast zakazać działalności.»

  • Cena repa pomerenke 01.06.09, 10:13

    Smutne i straszne. Kilka słow wyjaśnień. Moja żona od niedawna jest repem (takie zycie), namówiła ją koleżanka (bo jest za to bonus). Faktycznie są teoretyczne szkolenia, dostała alarm, na »

  • Cena repa izabella.orda 01.06.09, 14:01

    Nigdy, na żaden temat nie wypowiadałam się na forum. Ale to co przeczytałam , zwaliło mnie z nóg. Świat zszedł "na psy" (nie obrażając psów)jeśli ludzi morduje się ot tak, lekką ręką a »