Sowińska wraca w do sprawy "Teletubisiów". Według niej jej wypowiedź została "podkręcona" przez dziennikarza "Wprost". - Do dziś zachodzę w głowę, dlaczego nie odpowiedziałam: niech pan mnie nie rozśmiesza, to świetna bajka. Przecież ja lubię "Teletubisie", mam dziewięcioro wnucząt i one się na tym wychowują - przyznaje.
Rzecznik Praw Dziecka stwierdziła, że przed wywiadem dziennikarz tygodnika opowiedział jej, że w
USA trwa debata nad rzekomą promocją homoseksualizmu przez jedną z postaci pojawiających się w bajce. W takcie wywiadu wrócił do tematu "Teletubisiów". - Powiedziałam: możemy zbadać sprawę. Dziennikarz to potem ubarwił i wyszło jak wyszło - mówi. - Mam pretensje do siebie. Dziennikarz zrobił to co do niego należało - przekonuje.
"Zaczęłam pleść cokolwiek"Sowińska otwarcie przyznaje się do swoich problemów z mediami. Mówiąc o swoim występie w "Teraz my" w sprawie chorego na mukowiscydozę Jasia z Białorusi przyznaje, że wypadła "bardzo nieprzekonująco". - Po prostu zesztywniałam w obecności kamery i mikrofonów i zaczęłam pleść cokolwiek. Nie znoszę kamer, mikrofonów, dostaję wysypki na ich widok. Pustka w głowie i strach w oczach. I przez to zawsze staram się unikać dziennikarzy - mówi.
Przyznaje jednak, że mimo niechęci do dziennikarzy nie unika występów w mediach o. Rydzyka. - Tam jest taka spokojna rozmowa, nie zadają zwariowanych pytań. jak pan idzie do TVN- u albo "Wyborczej" to mogą pana zjeść, nawet pani nie zauważy - stwierdza. Potwierdza, że "w sytuacji stresowej ma opóźnioną reakcję. - Czasem przeglądam się w telewizorze i myślę: Boże, kobieto, dlaczego ty znowu jesteś taka sztywna - mówi. Sowińska przyznaje, że od "sprawy Teletubisiów" żyje w ciągłym stresie. Stwierdza, że przy każdej sytuacji publicznej boi się ośmieszenia.
"Rozmowa z księdzem mnie uspokoiła"Sowińska przyznaje, że w uspokajaniu nerwów pomagają jej kontakty z Radiem Maryja. Zdradza, że ostatni raz pojawiła się na antenie rozgłośni Rydzyka, po rzekomej prowokacji. Twierdziła bowiem, że była śledzona przez niezidentyfikowany samochód. - Późną nocą cała roztrzęsiona zadzwoniłam do radia, rozmowa z dyżurującym księdzem trochę mnie uspokoiła - mówi. Przekonuje jednak, że jej list w obronie arcybiskupa Wielgusa jak i wypowiedzi o "laicko- masońskich mediach" były "wypadkiem przy pracy". - Zdenerwowani słuchacze wypowiadali na antenie tego dnia ostre słowa i po prostu udzieliło mi się - stwierdza.
Pytana o projekt zakazu "seksu przed osiemnastką" twierdzi, że kolejny raz doszło do niezrozumienia jej wypowiedzi. - Nie chodziło mi o zakaz seksu , tylko o zakaz wykorzystywania w przemyśle pornograficznym ludzi przed osiemnastką. Z mojego referatu wycięto fragment, źle go zrozumiano, no i się zaczęło - mówi.
"Koszmar" i lincz w SejmieSowińska swój pierwszy dzień w Sejmie wspomina jako "koszmar". - Zgubiłam się w tym labiryncie, błądziłam chyba godzinę. W końcu znalazłam jakąś windę, nacisnęłam najniższy guzik i...wysiadłam w kaplicy sejmowej. Pomodliłam się i zaraz było mi lepiej - wspomina. twierdzi, że Rzecznikiem Praw Dziecka została trochę przez przypadek, po tym jak
Anna Sobecka "okazała się zbyt kontrowersyjna".
Mówiąc o odwołaniu jej z zajmowanej funkcji przyznaje, że "pewnie zlinczują mnie w Sejmie". Jej zdaniem skracanie kadencji to niedobry precedens. Pytana, czy nie lepiej odejść z funkcji honorowo stwierdza, że "nie ma już nic do stracenia". - Nie mogę mieć gorszej opinii niż teraz. - mówi. - Chciałabym mieć jeszcze szansę z tego wybrnąć. Gdybym miała jeszcze rok na spokojną pracę to może moglibyście wtedy napisać: ta Sowińska jest w porządku - dodaje.
Cały wywiad z Ewą Sowińską w dzisiejszym
"Dużym Formacie"