Stadion Charlety - ostatni przystanek na paryskiej liście olimpijskiej podróży. To tam zmierzał pochód sportowców, gdy na ich trasie pojawiło się kilkuset demonstrantów, blokując dalszy marsz. Gdy kilku z nich udało się wedrzeć między sportowców, interweniowała
policja, dokonując zatrzymań i siłą usuwając protestujących z drogi sztafety. W tym momencie pojawia się też jednak nieścisłość - wcześniej informowano bowiem, że płomień olimpijski zgasł z "powodów technicznych". Media spekulowały, że to któryś z demonstrantów fizycznie ugasił ogień, tak jak wcześniej próbowano to zrobić, gdy znicz był w Londynie. Wówczas to do grupy sportowców, która transportowała ogień olimpijski, podbiegł antychiński demonstrant z gaśnicą w ręku. W porę zatrzymała go jednak policja.
Tymczasem rewelacje byłego judoki, który przemawiał na stadionie Charlety, rzucają nowe światło - odpowiedzialnymi za zgaszenie ognia mieliby, według Douilleta, być sami Chińczycy - ochroniarze, którzy towarzyszyli konwojowi.
Dramatyczny dzień w ParyżuDramatycznie wyglądały popołudniowe protesty w Paryżu - na katedrze Notre Dame zawisł antychiński transparent, który w miejsce olimpijskich kół miał wrysowane kajdanki na czarnym tle. Trzy tysiące policjantów nie zdołały ochronić sportowej sztafety i ta musiała, od godziny 14, poruszać się busami. Zatrzymano 28 osób, w tym radnego Paryża.
Sztafeta miała być wielką fetą, świętem które dodatkowo rozreklamuje miasto - na powitanie w ratuszu czekały władze miejskie, udostępniono miejski stadion, pod specjalnym nadzorem sportowcy mieli też biec reprezentacyjnymi Polami Elizejskimi. Dzisiejszy blamaż służb bezpieczeństwa zwraca więc dodatkowe pary oczu na demonstracje, które od tygodni odbywają się na całym świecie - odkąd chińskie władze otworzyły ogień do demonstrantów w Lhasie, stolicy Tybetu.
Według tybetańskich danych zginąć mogło nawet 140 cywili - w większości mnichów buddyjskich. Innych danych nie ma, bowiem chiński MSZ wydalił natychmiast, gdy rozpoczęły się antyolimpijskie protesty w Tybecie, wszystkich zagranicznych dziennikarzy, samemu podając liczbę 21 zabitych (wszyscy mieliby być chińczykami), którą nie uznają żadne media poza chińskimi.
Awantura wokół sztafetyApogeum zamieszania wokół sztafety ze zniczem olimpijskim trwa od tygodnia, gdy na stadionie Panathinaikon w centrum Aten przekazano go organizatorom igrzysk w Pekinie. By zapobiec demonstracjom, władze utajniły trasę, jaką ogień dotarł na Panathinaikon. Mimo to nie obyło się bez zgrzytów. W stolicy Grecji zawisły banery z hasłami: "Stop dla zabijania w Tybecie" czy "
Chiny nie zasłużyły na igrzyska", a policja zatrzymała 12 demonstrantów domagających się wolności dla Tybetu.
Ogień olimpijskiTradycja niesienia ognia olimpijskiego z Olimpii do miasta gospodarza igrzysk rozpoczęła się od igrzysk w Berlinie w 1936 roku. Wtedy to po raz pierwszy biegacze sztafety ponieśli zapalony w Olimpii płomień na stadion w Berlinie przez: Grecję, Bułgarię, Jugosławię, Węgry, Austrię, Czechosłowację i
Niemcy. Z ideą znicza olimpijskiego wystąpił sekretarz generalny Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego Carl Diem. Natomiast pomysł wzniecenia ognia za pomocą promieni słonecznych w Olimpii wysunął działacz greckiego ruchu olimpijskiego, Jean Ketseas.
Zgodnie z olimpijskim protokołem wśród ruin świątyni Hery, w świętym gaju (Altis) w Olimpii, grecka aktorka w asyście szesnastu młodych Greczynek odzianych w białe szaty antycznych kapłanek, dokonuje za pomocą zwierciadła wzniecenia od promieni słonecznych świętego ognia.
Święty ogień przebywa różne szlaki, różne też są sposoby jego przenoszenia. Wędruje drogą lądową, morską, powietrzną, ba, nawet przesyłany jest laserem. Z Aten do Ottawy w 1976 roku został przekazany w rekordowym tempie - w ciągu pół sekundy. Satelita "Intelsat" odebrał sygnał aparatury nadawczej zainstalowanej na Stadionie Panatenajskim, a potem pobudził promień lasera.