Posłuchaj
rozmowy Rafała Kroczaka z dyspozytorkąSobota 9.56. Dyspozytorka pogotowia odbiera telefon. - Jestem w szpitalu, przywiozłem babcię, źle się czuje, ma duszności, leczy się na zapalenie płuc - mówi Rafał Kroczak. O sprawie pisze
na stronie internetowej ''Gazeta Lubuska''Lekarz odmówił pomocyDyspozytorka nie może uwierzyć, że lekarz nie chce zając się pacjentką. - Panie, to karygodne! - mówi. Prosi o interwencję lekarza dyżurnego w sztabie kryzysowym wojewody. Ten rozmawia z dyżurującym w lecznicy. To nic nie daje! Kolejny telefon Rafała do pogotowia. Dyspozytorka mówi, że za chwilę lekarz dyżurny ze szpitala zbada pacjentkę. Nie bada. Rafał znów łączy się z pogotowiem. W rozmowie z dyspozytorką mówi, że dyżurujący lekarz powiedział mu. "I co? Miało pogotowie przyjechać. Bało się?" - tak według relacji "Gazety Lubuskiej" wyglądała sytuacja w gorzowskim szpitalu.
Karetka pod szpitalW końcu, mimo absurdu sytuacji, o 10.13 dyspozytorka decyduje się wysłać karetkę do szpitala - pisze gazeta. Lekarz z pogotowia bada panią Rozalię na szpitalnym oddziale ratunkowym. Decyduje, że ma zostać w lecznicy. Stwierdza niewydolność krążenia z migotaniem przedsionków (jak ustaliła "Gazeta Lubuska": skurczowe ciśnienie krwi sięgnęło aż 220, a norma to 140). Rozalia Kroczak trafia na salę ,,R'' oddziału wewnętrznego. To oddział intensywnego nadzoru.
Rodzina zszokowana postawą lekarzaPrzy łóżku Rozalii Kroczak ciągle czuwa rodzina. Wczoraj przed południem byli córka Genowefa Chaszczewska i wnuk Rafał.
Rafał ciągle jest w szoku. - Człowiek człowiekowi nie odmówi pomocy, a tu lekarz... Żeby nie zbadał! Siedzi za biurkiem i mówi, że takie procedury - opowiada "Gazecie Lubuskiej". Córka starszej kobiety - Genowefa też nie może uwierzyć, że coś takiego zdarzyło się naprawdę. - To nie do pomyślenia - kiwa głową.
Sama Rozalia Kroczak czuje żal: - Lekarz nawet nie zapytał mnie, jak się czuję. Byłam jak nieprzytomna, myślałam tylko, żeby nie dostać zawału - zaznacza.
Taki szpitalny oddział trzeba rozwiązaćLekarz Andrzej Szmit współtworzył ustawę o oddziałach ratunkowych. - W tej ustawie nie ma ani słowa o tym, że pacjentem staje się ktoś dopiero przywieziony przez karetkę! Oddział jest od tego, żeby przyjmować pacjentów z zagrożeniem życia. W tym przypadku tak było. Jak może być ważny sposób dostarczenia pacjenta?! Jeśli odwiedzający kogoś na okulistyce zesłabnie, też ma przyjechać pogotowie i mu pomóc? - pyta zdenerwowany. Jego zdaniem taki oddział ratunkowy należy rozwiązać. - Zaoszczędzone 6,5 tys. zł dziennie - wylicza w rozmowie z "Gazetą Lubuską".
Nie chciałbym być na miejscu chorejPostępowanie lekarza wprawiło w osłupienie dyrektora wydziału zarządzania kryzysowego w urzędzie wojewódzkim. Jarosław Śliwiński mówi, że wojewoda Helena Hatka już wysłała pisma do dyrekcji szpitala i do funduszu zdrowia, by zbadał sprawę. Zdaniem lekarza koordynatora ds. ratownictwa w Lubuskiem Tadeusza Maślanego to kuriozalna sytuacja. - Nie może być tak, że karetka jedzie na teren szpitala, a lekarz nie bada pacjenta. Jeśli jest duszność, trzeba zbadać - podkreśla. - Nie chciałbym być na miejscu tej chorej - dodaje.
W funduszu zdrowia też mówią jasno, że lekarz nie mógł odmówić pomocy, a oddziały ratunkowe są od tego, żeby pomagać pacjentom z zagrożeniem życia lub zdrowia. - Zażądamy wyjaśnień - mówi rzeczniczka Sylwia Malcher-Nowak.
Szpital zaprzecza - życie chorej nie było zagrożoneTymczasem rzecznik szpitala, w którym doszło do wspomnianego zdarzenia, twierdzi, że chora nie była w stanie zagrażającym życiu i powinna pójść do ambulatorium. Rzecznik Krzysztof Cichowlas taką wiedzę czerpie od kolegów lekarza dyżurującego w sobotę, choć zastrzega, że sprawa jest wciąż wyjaśniana. - Zbieramy informacje, czekam na pełne wyjaśnienia, także dyżurującego lekarza - mówi.
Jak pisze "Gazeta Lubuska" - lekarza, który miał odmówić udzielenia pomocy nie było wczoraj w szpitalu, a placówka nie chciała podać jego numeru telefonu.