Jedna z mieszkanek osiedla, która dziś rano robiła w sklepie zakupy, przeżyła szok. Okazało się, że w oczekiwaniu na policję sklep nie został zamknięty i klienci wpadali na ciało w worku, przechodząc koło stoiska z mięsem. - Gdzie godność dla śmierci? Przecież w takiej sytuacji sklep powinien zostać zamknięty! - mówi zdenerwowana kobieta, która powiadomiła nas o całej sprawie.
Klient zmarł około godziny 9 przy stoisku mięsnym firmy JAS, która dzierżawi miejsce od Biedronki. Stoisko usytuowane jest blisko wyjścia ze sklepu. Jako pierwsza mężczyznę próbowała reanimować Ewa Bujalska, sprzedawczyni ze stoisko mięsnego. Ona też wezwała pogotowie. Lekarz stwierdził zgon i wezwał policję.
- Cała sytuacja trwała dwie godziny i na ten czas wstrzymałyśmy sprzedaż na stoisku, bo uważam, że śmierci należy się szacunek. Trudno mi natomiast zrozumieć, dlaczego Biedronka nie została w tym czasie zamknięta. Ludzie byli oburzeni - powiedziała nam Bujalska.
Paweł Tymiński, rzecznik sieci Biedronka: - Pracownicy działali pod wpływem emocji i zawinił czynnik ludzki. Biję się w piersi, bo sklep rzeczywiście powinien zostać zamknięty.
Więcej w sobotniej Gazecie Wyborczej Przeczytaj: Dlaczego od razu nie zabrano z dworca zwłok?