Po miesiącach milczenia Polska wreszcie przedstawiła stanowisko w sprawie nowego traktatu dla UE. Ogłosili je wczoraj Marek Cichocki i Ewa Ośniecka-Tamecka - tzw. szerpowie, czyli negocjatorzy wyznaczeni przez prezydenta Kaczyńskiego.
Polska zdecydowała się na batalię właściwie tylko w jednej sprawie: chce zaproponować zupełnie nowy system głosowania w UE. Podstawą do wyliczenia siły głosu kraju byłby pierwiastek kwadratowy z liczby jego ludności. Zyskałyby na tym kraje średnie: Polska, Hiszpania, Rumunia i Holandia. Straciłyby największe: Niemcy, Francja, Włochy i Wielka Brytania.
Kłopot w tym, że nikt poza Polakami w Unii nie chce ruszać systemu głosowania zapisanego w eurokonstytucji. Prezydenccy negocjatorzy wiedzą, że narażają Polskę na konflikt z przewodzącymi Unii Niemcami i pozostałymi 25 krajami UE.
Przez trzy miesiące do czerwcowego szczytu UE chcą więc przekonywać Holandię, Francję, Wielką Brytanię i być może Czechy oraz Rumunię, by nas poparły, oferując im poparcie w ważnych dla nich sprawach.
- Jeśli inne kraje nie będą chciały dyskutować o naszej propozycji, sięgniemy po ostateczność - zapewnia "Gazetę" szefowa UKIE Ośniecka-Tamecka. I wyjaśnia, że "ostateczność" to zablokowanie rozmów w sprawie nowego traktatu.
Polacy liczą na to, że Niemcom tak zależy na traktacie, że zgodzą się na rozpatrywanie polskich propozycji. Bo gdybyśmy teraz zablokowali rokowania, następna okazja nadarzy się dopiero za rok.
Co z innymi ważnymi postanowieniami traktatu? Polska jest gotowa rozmawiać o unijnym ministrze spraw zagranicznych i prezydencie UE, ale chce dokładnego określenia ich wpływów i sposobu wybierania. Podobne zastrzeżenia mają też Holendrzy i Brytyjczycy.
Samotnie domagamy się za to odwołania do chrześcijańskich korzeni Europy w preambule traktatu. Tu problem mamy raczej z głowy, gdyż preambuły zapewne nie będzie.
Szerpowie nie ujawnili, czy Polska sprzeciwi się zmniejszeniu liczby spraw w UE, w których decyzje muszą być podejmowane jednomyślnie.
W Unii głosowania nad decyzjami zdarzają się bardzo rzadko, ale im większą siłę głosu ma dany kraj, tym łatwiej mu forsować swoje interesy.
Zdaniem historyka idei Marka Cichockiego silna pozycja Polski w unijnych traktatach powinna być formą "politycznej rekompensaty" za nie najlepsze warunki członkostwa w UE wynegocjowane w 2002 r. Jego zdaniem to także "polski rabat historyczny", bo "przez 50 lat Polska nie ze swojej winy była poza integracją europejską".
Szef think-tanku demosEUROPA i b. urzędnik MSZ Paweł Świeboda uważa, że propozycja pierwiastkowego głosowania jest "zupełnie nierealistyczna" i że inne kraje potraktują ją "jako żart". - W Unii liczy się co innego niż zaawansowana matematyka: siła przekonywania, dobre pomysły, sprawna dyplomacja. Kładzenie nacisku na system głosowania oznacza niezrozumienie reguł gry - powiedział "Gazecie".
- To tylko hasła. Nie wierzę w to, że Polska posunie się do wetowania nowego unijnego traktatu - powiedział "Gazecie" Andreas Rinke, ekspert ds. UE niemieckiego "Handelsblatt". - W krytyce "podwójnej większości" Warszawa jest osamotniona, a presja wywierana na nią będzie rosła.
ŹRÓDŁO: |  |