Od kiedy Anna Fotyga była szefem MSZ? A Jerzy Polaczek był ministrem transportu albo Wojciech Jasiński - ministrem skarbu? Tak, to podchwytliwe pytanie. Prawidłowa odpowiedź? Od 10 września tego roku!
Bo 7 września, w piątek późnym wieczorem, prezydent Lech Kaczyński na prośbę premiera Jarosława Kaczyńskiego odwołał 16 członków rządu. Tych, których odwołania PO domagała się od lipca. W ten sposób bracia Kaczyńscy uchronili ministrów przez kilkugodzinną morderczą debatą w sprawie wotum nieufności.
Gdy zagrożenie minęło, prezydent ministrów powołał ponownie. Objęli teki po kilku dniach. Ale ta krótka przerwa wystarczyła, by stracili ciągłość pracy. I odchodząc z rządu, dostaną mniej pieniędzy.
Mariusz Błaszczak, szef kancelarii premiera u Jarosława Kaczyńskiego: - Rzeczywiście, to jest problem. Ponieważ ministrowie utracili ciągłość pracy, to zamiast trzymiesięcznego wyrównania, dostaną miesięczne.
Zgodnie z ustawą z 1981 r. o wynagrodzeniach osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe prawo, po odejściu z rządu dostają oni wyrównanie: o ile nie znajdą zaraz pracy, to całą pensję, a jeśli nowa pensja jest niższa - to różnicę.
I to, jak długo będą dostawać to wyrównanie, zależy od tego, jak długo byli ministrami. Jeśli co najmniej rok - wyrównanie jest trzymiesięczne, jeśli krócej niż trzy miesiące - tylko miesięczne. I to jest właśnie przypadek gabinetu Kaczyńskiego.
Aleksandra Szczygłę, b. szefa MON, obecnie posła PiS, pytamy, od kiedy był ministrem.
- Od 7 lutego - odpowiada bez chwili wahania.
"Gazeta": Miał pan jakąś przerwę w pracy?
Szczygło: A, tak, między 7 a 10 września.
"Gazeta": I przez to stracił pan trochę pieniędzy. Bo jako poseł zarabia pan mniej niż jako minister.
Szczygło: - Nie zauważyłem różnicy i nie żałuję.
Średnia pensja ministerialna brutto to kilkanaście tysięcy złotych (ok. 12 tys. podstawowej pensji plus dodatki za wysługę lat, funkcyjne i premie). Oznacza to, że ten manewr Kaczyńskiego pozbawił ministrów co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych!
Ale samego Kaczyńskiego już nie - prezydent go nie odwoływał, bo nie było go we wniosku PO. Przez trzy miesiące będzie zatem dostawał różnicę między swoją premierowską pensją a wynagrodzeniem posła.
Ciągłości pracy nie stracił także szef kancelarii premiera. - Zostałem wtedy wprawdzie odwołany i powołany jako minister, ale cały czas byłem szefem kancelarii - tłumaczy "Gazecie" Błaszczak. - Dlatego zachowałem prawo do trzymiesięcznego wyrównania [jest posłem PiS].
Po kieszeni dostali też członkowie gabinetów politycznych odwołanych i powołanych ministrów, bo we wrześniu stracili pracę wraz z nimi. Z tego tytułu przysługiwało im nawet miesięczne odszkodowanie, więc biuro prawne kancelarii premiera zaapelowało, by się tego zrzekli. I tak zrobili - Wszyscy pracownicy gabinetów politycznych w kancelarii, czyli premiera Kaczyńskiego, wicepremiera Przemysława Gosiewskiego, koordynatora ds. służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna i mojego się zrzekli swoich jednomiesięcznych odpraw. Myślę, że w innych ministerstwach postąpili tak samo - mówi Błaszczak.
Teraz, po odejściu rządu Kaczyńskiego, należy im się tylko połowa odprawy, ponieważ pracowali krócej niż trzy miesiące.
Źródło: Gazeta Wyborcza