Jeszcze tylko pompowanie kół, ostatnie spojrzenie na załadowane sakwy. Jeszcze jedno dotknięcie szprych, czy aby na pewno nie są zbyt poluzowane albo zbyt naciągnięte? Przede mną kilkaset kilometrów do Krynicy Morskiej, z kilkudziesięcioma kilogramami biwakowego sprzętu. Nie mam roweru górskiego z przerzutkami, tylko mały polski składak z trzema biegami (łatwe zwycięstwa nie smakują).
Warszawa - Joniec. 64 km
Ruszam z Warszawy ścieżką rowerową przez Żoliborz. Pogoda słoneczna, wiatr niestety północny. Pokonuję rozkopaną Marymoncką i dalej ul. Prozy w stronę Lasku Młocińskiego. Ale popularną trasę rowerową przegrodził parkan - ktoś wykupił tu działkę, muszę zawrócić.
Po 2 km wyjeżdżam na boczną asfaltówkę w Łomiankach, w stronę Nowego Dworu Mazowieckiego. Trwa remont, auta wzniecają tumany kurzu. Czuję się jak na rajdzie safari, oczy i nozdrza zakleja pył. Dobrze, że mam podręczny zraszacz do roślin. Kilka psiknięć - co za ulga!
Za Czosnowem nadciągają chmury w ołowianym kolorze. Nawet gdybym chciał tu rozbić namiot, nie ma gdzie. Jest połowa czerwca, nadwiślańskie łąki wciąż są zalane wodą z Wisły po dwóch falach powodziowych. Zapach zgnilizny nie do zniesienia, a rzeka przypomina ściek w kolorze kawy. W oddali twierdza Modlin.
Po chwili pierwsze spotkanie z prawdziwymi podjazdami - Wysoczyzna Ciechanowska. Wspinam się mozolnie. Tu jeszcze daję radę, ale za dwa dni, na Pojezierzu Brodnickim, będę musiał skapitulować.
W Nowym Modlinie skręcam z ruchliwej jezdni na spokojniejszą, acz ciągle wznoszącą się drogę. Asfalt przyzwoity, więc rozwijam moją ulubioną prędkość 16 km na godzinę i rozglądam się po okolicy. Wokół rozległe zielone pola i zadbane wioski, obejścia o starannie przyciętych trawnikach zdobią kwiaty. Dobiega mnie zapach truskawek - wszak Mazowsze to ich zagłębie.
Sosnowe lasy pachną zachwycająco. Za wsią Wrona asfalt gładki jak stół - powstał z funduszy Unii Europejskiej. Takich dróg, ku miłemu zaskoczeniu, napotkam jeszcze wiele. Mijam mostek w Jońcu, wokół mnóstwo znakomitych biwaków nad Wkrą (trasa kajakowych spływów) i stanica wodna. Ja jednak wolę być sam. Jadę wschodnim brzegiem kilometr w dół rzeki. Na pustkowiu, odgrodzony ścianą sosnowego lasu, stawiam mój Green Hotel wśród sięgających kolan traw (zielony namiocik, który sam się rozkłada w dwie sekundy!). Obok leniwie płynie Wkra. Jest cicho, wprost cudownie. Napełniam wodą słoneczny prysznic i zawieszam na drzewie. Kąpiel, kolacja i spać.
Joniec - Brodnica. 144 km
Ptaki są bezwzględne. Dają taki koncert, że zrywam się już o 3.50. Ale wcale nie żałuję, choć jest przenikliwie zimno (na głowie mam ciepłą czapkę, a w namiocie gruby śpiwór). Nad łąką i rzeką przetaczają się mgły. Wschodzące nad lasem słońce oświetla wspaniałe pajęczyny. Co za niesamowita, tajemnicza aura! Brodzę w mokrej od rosy trawie.
Ruszam na zachód, do Płońska. Upał niemiłosierny. Wspinam się na przejazd nad słynną siódemką, którą pędzą nad morze samochody. Ja wolę boczne drogi.
Mijam rynek sennego Płońska z kolorowymi kamieniczkami i mknę w stronę Raciąża (kolejna unijna droga - szeroka, idealnie płaska). Słońce tak pali, że jadę w czapce i piję wodę butelka za butelką. Posilam się sokiem pomidorowym, na jedzenie nie mam ochoty. Chrupię tylko grześka, mojego ulubionego wafelka w czekoladzie - dodaje kalorii i wprawia w doskonały nastrój. Podobnie jak żółty rzepak, kolorowe łubiny i czerwone maki, które fotografuję na tle błękitnego nieba. Pośród ciągnących się po horyzont zielonych pól widzę strzeliste wieże neogotyckiego kościoła św. Urbana z 1909 r. w Baboszewie. Wysoką główną wieżę okalają trzy nieco mniejsze. Kusi wnętrze o łukowych sklepieniach - niestety, jak to zazwyczaj bywa, otwarty jest tylko przedsionek (wiele kościołów po drodze będzie zamkniętych na głucho, no i żadnych tablic informacyjnych).
Trafiają się pomyłki w oznakowaniu dróg i miejscowości. Przed Raciążem mam na mapie Drozdowo, a w rzeczywistości jest tam Witkowo. Lokalna stacja snuje apokaliptyczne prognozy - ma lać, będą burze. A ja znajduję się w krainie mazowieckich pól i pastwisk. Co to będzie...?
W Raciążu przy głównej drodze drewniane żółte domki na podmurówce. Na ryneczku jeszcze bardziej senna atmosfera niż w Płońsku. Handlarki sprzedają truskawki - co za zapach! W głębi rynku kościół św. Wojciecha Biskupa i Męczennika z 1875 r. Tutejsza parafia należy do najstarszych na Mazowszu. Jak podają źródła, w 997 r. zatrzymał się tu biskup Wojciech w drodze do Prus.
Dalej na północ, do Gradzanowa. W tej małej wiosce stoi kościół św. Katarzyny i św. Mikołaja z 1897 r. (parafia erygowana już w 1385 r.!).
Pedałuję wśród szumiących zbóż i kwitnących lip. W Radzanowie (nie mylić z Gradzanowem) smutny rynek, staruszka w chuście siedzi na schodach drewnianego domu. Obok murowana synagoga z drugiej połowy XIX w. o pozabijanych deskami oknach. Dalej ogromny neobarokowy kościół parafialny św. Franciszka z Asyżu z początku XX w. Wielki posąg Jezusa z rozpostartymi ramionami przypomina monstrualną figurę z góry Corcovado w Rio de Janeiro. Imponujące jest też wnętrze świątyni - błękitne sklepienie, pozłacane żyrandole, malowidła.
Za Radzanowem przejeżdżam znowu przez Wkrę. Z mostku widać dogodny biwak. Miałem tu nocować, ale groźne komunikaty meteorologiczne skłaniają do tego, by jak najszybciej przeskoczyć rozległe, płaskie przestrzenie.
W Stawiszynie-Łaziskach kilka nowoczesnych wiatraków-elektrowni. Za Bieżuniem chcę dostać się do Lutocina przez Zimolzę. To niezły skrót do Brodnicy. Niestety, właśnie dziś wylewają nowy asfalt. Pech. Okrążając wioski nadkładam kilka kilometrów przez Jonne. Stoją tam ogromne obory, wszędzie krowy, o zapachu lepiej nie mówić. Za to drogi - fantastyczne (oczywiście "dzieło" UE). Przez wsie Skrwilno, Okalewo i Szczukę docieram wreszcie do Brodnicy. Malownicze miasteczko rozłożyło się w dolinie Drwęcy (ważny szlak kajakowy). Fotografuję Bramę Brodnicką, wieżę zamku krzyżackiego z 1305 r., gotycki kościół św. Katarzyny. Okrążam rynek z kolorowymi kamieniczkami i kawiarenkami, pełno tu młodzieży.
Nocleg w małej przystani żeglarskiej oddziału PTTK w Brodnicy, na skraju miasta nad jeziorem Niskie Brodno. Urzeka nie tylko wspaniały zachód słońca, ale i gościnność, z jaką podejmuje mnie zacny szef stanicy Ireneusz Kubiak. Zaprasza na grilla i herbatę, a gdy słyszy o celu wyprawy, proponuje, bym wyspał się wygodnie na wersalce. Ja jednak wolę mój namiot. Wieczór umila mi dobiegająca ze stanicy dyskretna muzyka w stylu Glenna Millera. Gorący prysznic w idealnie czystej łazience pozwala odzyskać siły. Kolację jem nad brzegiem jeziora w ostatnich promieniach słońca. Pokonałem dziś 144 km! To był wspaniały dzień!
Źródło: Gazeta Podróże