Lubię moment, w którym zjeżdżam z siódemki na Działdowo i nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikają inne samochody. Droga prowadzi prosto, a nad nią wyrasta drzewiasty tunel. Gałęzie sczepiły się, ocieniając ją od słońca, chroniąc od deszczu. Tylko niektóre promienie są w stanie przedrzeć się przez tę gęstwinę, tworząc na asfalcie wzór nieregularnych cieni. Jesienią wszystko się żółci, złoci i czerwieni. Brąz zaoranych pól podkreśla intensywność barw...
***
Droga zaczyna powoli piąć się pod górę. To znak, że dojeżdżam do Wzgórz Dylewskich. Zatrzymuję samochód w miejscu, gdzie pomiędzy pniami rozpościera się widok na łagodne zbocza porośnięte zieloną trawą. W głębi czerwieni się kępka klonów, na pierwszym planie puszy się ciemna sosna, brzeg zbocza ozdabiają kolorowe krzewy. Tutaj ziemia faluje, wznosi się łagodnie, a potem jeszcze spokojniej opada. Odkrywa przede mną swoje kolory, kształty, listki, źdźbła i gałązki, jakby chciała się pochwalić: zobacz, jaka jestem piękna.
Miejscowi opowiadają, że Bóg zajął się Dylewską Górą dopiero ostatniego dnia swojej pracy nad stworzeniem świata. I obmyślił coś specjalnego - urodzajną ziemię, złote piaski, woreczki z nasionami, bulwy kolorowych kwiatów, srebrną wodę, łagodne zbocza i piękne lesiste doliny. Porozkładał to wszystko z namysłem i zmęczony poszedł spać. Ale gdy odpoczywał, przyszedł diabeł i poorał ziemię dylewską swoimi pazurami, porozrzucał kamienie, a tupiąc nogami stworzył jamy i urwiska. Nie udało mu się jednak zniszczyć Wzgórz Dylewskich - dodał im tylko surowego uroku.
Dziś od Jagodzin po Rudno na 74 km kw. rozciąga się Park Krajobrazowy Wzgórz Dylewskich. Ponad połowę tych terenów pokrywają lasy z potężnymi dębami, smukłymi grabami i srebrzystymi bukami. Gęste paprocie, splątane maliny, zwalone pnie, trzeszczące pod stopami gałęzie, grzyby ukryte wśród mchów albo pod brązowymi liśćmi. To królestwo Smętka, władcy puszczy. Brzydki, stary, siwy, pomarszczony, przykurczony, zezowaty, z kurzajką na nosie, nigdy nie wiadomo, czy przeklnie, czy pobłogosławi...
***
Moją bazą na Wzgórzach Dylewskich stała się Stara Szkoła w Wysokiej Wsi. Stąd mogę chodzić na spacery, wyjeżdżać na rowerowe wycieczki i potem wracać na gorącą herbatę i puszysty sernik. Stara Szkoła, tak jak i okoliczne lasy, to miejsce magiczne, ale nie włada nim Smętek, lecz państwo Traczowie. Kiedyś mieściła się tu szkoła - zbudowana w 1890 r. z czerwonej cegły, z dwiema klasami na dole. Dziś zamiast szkolnych ławek mamy długi stół przy kaflowym piecu i wygodne kanapy wśród książek i roślin. Na górze czeka na gości pięć pokoi. Na drewnianym stole w kuchni zawsze stoją świeżo upieczone ciasteczka: czekoladowe z chili, imbirowe, kruche, miętowe, zależnie od nastroju właścicieli. Obok paruje herbata, a całe pomieszczenie pachnie świeżą kawą. Tutaj goście spędzają czas - najczęściej przy śniadaniach z białym serem, ciemnymi konfiturami i lepkim miodem oraz przy obiadach, które potrafią przeciągnąć się aż do kolacji. Jest też taras z małymi stolikami zanurzony wśród zielonych krzewów i ogród z wiklinowymi krzesłami. Jest brzozowy las z hamakami, na których tak przyjemnie zapada się w drzemkę z książką w ręku.
Trudno oderwać się od hamaków, długiego stołu i pysznego jedzenia. Udaje mi się jednak pójść na spacer trasą starych siedlisk. Piękne niegdyś, murowane pruskie domy pochłonęły dziś drzewa i trawy. Czasami tylko do ruin zawędruje krowa w poszukiwaniu co smaczniejszej koniczyny.
Droga wzdłuż siedlisk zaczyna się w gęstym lesie, ale szybko wychodzi na polanę, a potem ciągnie się wzdłuż pól uprawnych. Nagle spod moich nóg wybiega zając. Kręci się przez chwilę w kółko, aż w końcu pomyka jak szalony w stronę lasu. Tego dnia mam szczęście - nieco później zobaczę dwie brązowe sarny o smutnych oczach i wielkich uszach.
Kiedy spaceruję, wypatrując śladów po siedliskach, na mojej drodze wyrasta smukła sosna, która wyraźnie odcina się od innych drzew. Może to Taborka - księżniczka zaklęta w drzewo? Gdy odrzuciła rękę nikczemnego czarnoksiężnika, zamienił całe jej królestwo w las, który do dziś porasta ziemie Mazur Zachodnich. Ona jedna samotnie błąkała się po lesie, aż napotkała czarownicę, która chciała skraść jej urodę. Przerażona Taborka zaczęła uciekać, rzucając za siebie wianek - wyrosła z niego łąka pełna kwiatów. Porzuciła wstążki - powstały z nich rzeki, a jej łzy zamieniły się w jeziora. W końcu, żeby ją uratować, król boru zamienił ją w sosnę, tak piękną, jak piękna była księżniczka. Drewno z sosny taborskiej kupowała nawet duńska królowa już w XVI w., a w 1900 r. podczas światowej wystawy w Paryżu uznano ją za najpiękniejszą sosnę na świecie.
***
Ponad 400 km tras rowerowych powstaje na Mazurach Zachodnich - kilka z nich przebiega przez Wzgórza Dylewskie. Szlaki prowadzą polnymi ścieżkami obok stawów z łabędziami, albo starymi brukowanymi drogami wśród lasów. Zielonym tandemem (ja usiadłam z tyłu, Filip z przodu) pojechaliśmy na Dylewską Górę, najwyższą na Mazurach (312 m). Z drogi schodzi się w las i po chwili stoimy na kopczyku, który jest szczytem właśnie. Ale z umiejscowionej tu wieży strażniczej rozciąga się widok na zalesioną krainę. Blisko stąd do ścieżki przyrodniczej, która prowadzi w głąb lasu, przedstawia drzewa i krzaczki, wszystko opisuje i nazywa na drewnianych tabliczkach.
Docieramy nad Jezioro Francuskie. Brzeg porośnięty lasem i zielskiem, z jednej strony brunatne, miękkie torfowiska, nad wodą pochylają się młode brzózki. Może pojedyncze stare buki pamiętają jeszcze historię przekazywaną z pokolenia na pokolenie? Podczas kampanii napoleońskiej w okolicach Wzgórz Dylewskich stacjonowali Francuzi, którzy zhańbili młodą dziewczynę. Chłopi srogo ich za to ukarali. Według jednej wersji zabili ich, kiedy żołnierze zapadli w sen nad jeziorem, a ciała wrzucili do wody. Według innej - gonili Francuzów, którzy wbiegli na oblodzone jezioro, a kiedy byli już na samym środku, pękł pod nimi lód. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, od tego czasu jezioro nazywane jest Francuskim, a woda raz jest brązowa, raz zielona i tylko czasami przezroczysta.
Wsiadamy na tandem i pedałujemy dalej przez las. Niespodziewanie wyjeżdżamy na asfaltową drogę - w zasięgu wzroku nie ma nikogo. Mkniemy przed siebie, losowo skręcamy w ścieżki i ścieżynki, przedzieramy się przez krzaki, wspinamy się pod górki, sprawdzamy drogę na Pietrzwałd (anomalie magnetyczne w tym miejscu powodują, że zjeżdżając z górki, w ogóle się nie rozpędzamy). Brniemy przez pola po błocie, przejeżdżamy przez wioseczki, oganiamy się od psów i rozpryskujemy wodę w kałużach. Cicho, słychać tylko trele, gwizdanie i poćwierkiwanie ptaków. Cały świat jest dla nas.
***
Na terenie parku i w jego okolicy są też małe wioski o cudownie brzmiących nazwach: Naprom, Pietrzwałd, Kraplewo, Dziadyk, Glądy, Brzydowo, Glaznoty, Tułodziad, Lubstynek i Durąg. Wszystkie mają bogatą historię, niekiedy sięgającą neolitu i kultur o tajemniczo brzmiących nazwach: "puchary lejkowate" albo "amfory kuliste". Obok szarych pudełkowatych domów stoją w nich piękne, drewniane chaty z ukwieconymi gankami. Poczerniałe deski, ażurowe balustradki, czerwone pnące róże, malwy, lewkonie i bzy. Domki z bajki. Pewnie odwiedzają je Kłobuki, słudzy Smętka, brzydkie stworki, które lubią psocić. Kwaszą mleko, bałaganią w stodole, ale w gruncie rzeczy są poczciwe - gdy ktoś jest w potrzebie, zawsze pomogą.
Kiedy w niedzielę wybieramy się na wyprawę po wioskach Wzgórz Dylewskich, jest tak cicho i spokojnie, jakby wszyscy spali zaklętym snem. Tylko liście tańczą poruszane wiatrem, a w przydrożnych sadach jabłonki uginają się od owoców. Z poszarpanej, błotnistej drogi wjeżdżamy do Glaznot, małej wioski ze swobodnie porozrzucanymi chatkami. Mijamy ukwieconą kapliczkę. Nieco dalej rudy kościółek - ściany z cegieł, dach z ceglastych dachówek. Duże, brązowe okna, nad drzwiami mała rozetka. Wokół zielony ogród. W Glaznotach stoi też stary wiadukt, który prowadzi... donikąd. Wygląda, jakby był zawieszony wśród drzew i łączył ze sobą dwa fragmenty lasu. To wiadukt rozebranej już linii kolejowej, która kiedyś ciasno oplatała Prusy. Mijamy go i wjeżdżamy do Zajączek. Tu można obejrzeć ruiny średniowiecznego grodziska i zarośnięty cmentarz ewangelicko-augsburski (w środku stoi kaplica rodziny Kramerów, dawnych właścicieli wsi).
Z Zajączek jedziemy prosto do Pietrzwałdu. Boczną uliczką dostajemy się na główną drogę i od razu widzimy kościół. Wieś istniała już w 1339 r., ale kościół pochodzi z XVIII w. Choć drewniany, ma charakter wybitnie barokowy. Piękne, dostojne rzeźby zdobią tryptyk ołtarza, a dzwony wzywające na mszę pochodzą z 1614 i z 1753 r.
Chcemy zobaczyć miejsca związane z historią protestantyzmu. Przecież Mazurzy, w odróżnieniu od Warmiaków, byli protestantami, katolicyzm pojawił się razem z ludnością napływową. Zarośniętą drogą wzdłuż pól i wokół lasu dojeżdżamy do Kraplewa. Stoi tu kościół ewangelicki zbudowany w 1848 r. z muru pruskiego (ciemne drewno kontrastuje z bielonymi ścianami). Wysoki na dwa piętra, z licznymi oknami, które wpuszczają do środka rozproszone światło. Kraplewo to kolejna wioska na naszym szlaku, która wygląda jak uśpiona. Przemykamy niezauważeni.
Źródło: Gazeta Podróże